sobota, 31 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

No i przyszedł czas kiedy Roch musi zrobić wirtualny rachunek sumienia. Co udało mu się osiągnąć, a co udało mu się spieprzyć. Powoli staje się to tradycją albowiem w zeszłym roku Roch też uzewnętrzniał się choć nie był tak wylewny jak w tym roku. Roch postara zachować się jakąś chronologię wydarzeń, ale nie obiecuje, że nie zacznie od sierpnia, a nie skończy na styczniu pomijając przy okazji kilka innych miesięcy.

I tak styczeń i luty były miesiącami poszukiwania wymarzonej pracy, chodzeniem na rozmowy kwalifikacyjne i rozsyłaniem CV.  W końcu Roch znalazł swoją wymarzoną pracę, w której spełnia się, widzi jej sens i cel. Od końca lutego Roch poczuł wiatr w żaglach i postanowił, że jego życie zacznie się zmieniać. Jednak praca spowodowała to, że Roch miał coraz mniej czasu na rower, jeździł tylko po pracy, ale to też jak mu się chciało, bo rok 2011 stał pod znakiem "wypalenia rowerowego".

Roch szukał zmian; a to zdjął licznik, a to jeździł bez kasku, ale ciągle nie czerpał przyjemności z pedałowania. Koyocik ciągnął go w długie trasy, ale Roch wykręcał się brakiem kondycji. Ominęły go pierogi w Bobolicach i wypad na Jurę. Rower przestał Rochowi smakować jak kiedyś, nie widział sensu w jeżdżeniu, zmuszał się do jeżdżenia, robił co mógł żeby chęć wróciła, ale było coraz gorzej. Miesiące upływały, dzień robił się coraz krótszy, a Roch w dalszym ciągu nie jeździł, a jeśli już wsiadał na rower to nie wiedział ile przejechał, bo licznik zostawał w domu.

Fotograficznie też było gorzej, bo skoro Roch nie jeździł na rowerze to też nie bywał na lotnisku, a tam sporo ładnych maszyn lądowało. Roch tłumaczył sobie, że "jeszcze przylecą" i dalej pałał niechęcią do rowerowego wysiłku. W sierpniu albo wrześniu Roch podjął męską decyzję: "kupuję nową ramę". Wraz z nową ramą Roch kupił kilka nowych rzeczy do roweru. I chęć pedałowania magicznie wróciła. Koyocik był molestowany o jeżdżenie, wspólną kawę i długie wypady. Jednym z takich wypadów był Lubliniec, który za Rochem chodził od dawna.

W końcu dystans powyżej 100 kilometrów, zmęczenie, nogi z waty i uśmiech na twarzy -- w Rocha wstąpiło nowe życie. W ciągu miesiąca przejechał 1000 kilometrów i chciał drugi tysiąc, ale już dnia nie było na tyle żeby pogodzić powrót z pracy z jeżdżeniem na rowerze. Rower został postawiony w przedpokoju i czeka na nowy sezon, a wraz z nim nowe plany rowerowe. Na pewno długie wypady, ale do nich Roch przejdzie za chwilę.

I w końcu last but not least:

W listopadzie stało się to czego Roch chciał najbardziej; poznał super dziewczynę, której zakochał się bez pamięci. Grudzień to już całkowite wsiąknięcie w uczucie zwane miłością. Roch chodzi nieprzytomny, potyka się o krawężniki, w pracy wkłada herbatę do kubka i zapomina ją zalać. Wszyscy widzą, że Roch jest szczęśliwy.

Grudzień to także pierwszy (i na pewno nie ostatni) wspólny weekend w Ustroniu. Cudowne chwile, niezapomniane widoki, cały czas razem i postanowienie, że wrócą tam razem latem. Na herbatę i ciastka ryżowe do przewspaniałej herbaciarni. Potem nadszedł świąteczny czas, również spędzony wspólnie. Wakacyjne plany z rowerami w tle, Mazury, komary i dwutygodniowe lenistwo niezmącone telefonami, mailami, internetami i tym wszystkim, czego na wakacjach nie powinno być.

W międzyczasie Roch zaliczył wypadek, samochód skasowany, ale Roch cały.

Cały Stary Rok można podsumować jednym zdjęciem, co też Roch czyni:

Słit focia

I już kończąc ostatnią notkę w tym roku Roch pragnie podziękować wszystkim, którzy Rocha wspierali i dopingowali; przede wszystkim Koyotowi za megatony cierpliwości "to dla mnie wiele znaczy" Przyjacielu. Michałowi, za filozoficzne rozmowy, z których Roch wiele mądrości wyniósł. I dla Ciebie, Magdaleno, Ty wiesz za co.

Wszystkim Czytelnikom Roch życzy najlepszego, spełnienia marzeń, sukcesów, równych dróg, uprzejmych kierowców, zdrowia i bezpieczeństwa, pogody i bezdeszczowych wycieczek na rowerze.

Do siego roku.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Rowerowe Boże Narodzenie

Kto by pomyślał, że Roch jeszcze w tym roku wyskoczy na rower. On sam już powoli tracił nadzieję, że będzie mu dane pojeździć, ale wczoraj pogoda zrobiła Rochowi wyjątek i przez cały dzień było znośnie, nie padał deszcz ani śnieg. Roch wskoczył w ciepłe spodenki, założył zestaw koszulek, okręcił się buffem, założył dwie pary rękawiczek, przypiął pulsometr i licznik do kierownicy i pojechał w świat.

Świat kończył się na lotnisku, bo akurat na tylko Rochowi wystarczało dnia i kondycji, która o dziwo nie jest taka najgorsza. Średnia prędkość na 43 kilometrach wyszła Rochowi 24 km/h, a był taki moment, że licznik pokazywał prędkość 30 km/h, a średnia prędkość wciąż malała. Jednak pulsometr szalał, bo pokazywał 190 uderzeń serca na minutę, więc Święta dały się Rochowi we znaki, chociaż on wcale nie obżerał się.

Z świątecznego wypadu powstało zdjęcie, które Roch zamieszcza jako dowód w sprawie o rowerowanie w Święta. Ogólnie jeden pogodny dzień zrobił Rochowi dobrze, przejechał się na rowerze, odwiedził lotnisko, a przy okazji spalił trochę kalorii. Tak bardzo niechcianych.

Cube LTD

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt

I nadeszły kolejne Święta, dla Rocha pierwsze, które spędzi wspólnie z swoją drugą połówką jabłka. Jednak celem tej notki nie jest chwalenie się, ale złożenie Wam, Czcigodni, życzeń, a zatem do meritum:

Roch i Jacek składają Wam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, wesołych, owocnych, spokojnych, rodzinnych, ciepłych, kolorowych, ociekających prezentami Świąt Bożego Narodzenia. Jedzcie i pijcie, a kaloriami się nie przejmujcie, raz do roku trzeba sprawić sobie przyjemność.

Tym jeżdżącym życzymy wymarzonych części rowerowych pod choinką, najnowszych XTRów, X-0. Super lekkich kół, karbonowych ram i przede wszystkim nieustającej radości z jazdy jaką daje rower.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ustroń fajny jest!

I tak, wszystko co przyjemne bardzo szybko się kończy. Tak też wypad do Ustronia z Mychą skończył się w poniedziałek, okolicach godziny 900 kiedy to oddali kluczyk do pokoju, zapakowali się do Kropka i pojechali w kierunku Katowic. Przez trzy dni Roch nie myślał o niczym innym jak tylko o osobie, z którą spędzał miło czas. Nie było pracy, nie było smutków, nie było rozmyślania. Była za to radość, uśmiech, trzymanie się za ręce i przecudne wieczory spędzone razem w herbaciarni Magija, próbując ogarnąć całe menu herbat.

Najlepsze to "Osiem sekretów Shaolin" i "Sekret Gejszy". Kto będzie w Ustroniu i lubi dobrą herbatę ten musi iść do Magiji. Właściciel super gość, widać, że herbata to jego pasja. Poza tym "Sielanka" robi najlepsze jedzenie w Ustroniu, a najlepsze piwo to "Ustrońskie" niepasteryzowane, na Czantorii jest dużo śniegu, a kolejką linową trochę bujało, ale to nie miałoby swojego uroku, gdyby nie osoba, która Rochowi towarzyszyła. Na zachętę kilka zdjęć z Ustrońskiego wypadu: Ustroń.

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 16 grudnia 2011

Kolejna nieobecność w planach, ale usprawiedliwiona

Przed Rochem i Czytelnikami kolejny weekend. Pogoda zapowiada się ładnie, chciałoby się napisać, że rowerowo jednak Roch z dziką przyjemnością zostawi rower w domu. Weekend ma już zaplanowany wraz ze swoją drugą połówką jabłka. Można już zdradzić, że celem jest Ustroń i jego atrakcje. Na pewno Czantoria, na pewno prywatne muzeum motocykli i masa innych atrakcji.

W związku z tym, Czcigodni, Roch już teraz informuje, że blog przez weekend milczy, powrót i relacja dopiero w poniedziałek. Do Ustronia jedzie z Rochem tylko aparat i telefon, wszelkie komputery, PDA i inne "pożeracze czasu" zostają w domu. Jak odpoczywać to odpoczywać.

W takim razie udanego weekendu wszystkim Czytelnikom i do poniedziałku.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Kolejne zaległości

I znowu Rochowi zapomniało się, że ma blog, ma swoich Czytelników, o których powinien dbać. Jest mu trochę głupio, ale śpieszy nadrobić zaległości, a tych jest sporo. Co prawda na rowerze jest już całkiem pokaźna warstwa kurzu sugerująca, że Roch w ogóle nie jeździ na nim. Pogoda jest nawet znośna, zimno co prawda, ale bez deszczu i śniegu. Jednak, o zgrozo, teraz rower nie jest już najważniejszy. Nadal jest ważny, ale nie ma już przedrostka "naj".

Ta deklaracja bynajmniej nie oznacza, że Roch porzuca wszelką aktywność rowerową. Po prostu będzie go trochę mniej, w sumie tylko weekendowe przejażdżki w miłym gronie. Na pewno będzie rowerowa Jura, ale też - tutaj nowość - planowane są Mazury na rowerach. W ramach urlopu i relaksu. Coraz lepiej się dzieje, kiedyś Roch wcale by nie pomyślał o jeżdżeniu po Mazurach, a teraz i owszem.

To tyle, krótko, ale też sezon taki.

Roch pozdrawia Czytelników.

czwartek, 8 grudnia 2011

Zimy nie widać

Pora przełamać kolejną porcje ciszy; od ostatniej notki trochę czasu już minęło, odzew póki co na pograniczu błędu statystycznego (nie licząc dwóch zaznajomionych blogerów: Janka i Pawła, którzy zostali sprowadzeni przez Roch do roli błędu statystycznego), ale Roch to rozumie -- zimowy okres nie nastraja na myślenie o rowerowaniu, ale jak tylko sezon ruszy pełną parą to Roch zabierze się za jakąś zbiórkę ludzi z okolicy. Integracja rowerowa jest dobra, w końcu to nowe kontakty i jakaś promocja roweru.

Poza tym Roch sobie pracuje, od dziś ma całkiem nową umowę i całkiem ciekawą przyszłość. Się zaczyna mu klarować to co do tej pory było zamglone. Roweru Roch nie może się doczekać, ale naszła go ochota na wymianę kół. Niebieskie piasty obowiązkowo zostają, ale Roch chyba wymieni obręcze. Na wersje disc żeby to jakoś wyglądało. Do tego wymiany domaga się napęd, w zasadzie tylko kaseta i łańcuch. Jednak "zima" dopiero w połowie i Roch podchodzi do tego na spokojnie.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Poniedziałkowa luźna myśl

Blog się rozwinął, pojawiają się komentarze, blog jest linkowany w innych blogach, a Roch linkuje inne Blogi u siebie. Luźna myśl jest taka: przyszłoroczna wspólna przejażdżka, wszystkich blogujących. Miejsce i trasa do ustalenia. Tak samo jak inne szczegóły. Na chwilę obecną jest to sondowanie rynku, ale może coś z tej inicjatywy wypali.

Póki co tyle.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 4 grudnia 2011

Rowerowo nic się nie dzieje

Od ostatniego wpisu minęło kilka dni, a Roch nawet nie pomyślał żeby wyjść na rower. Pogoda nawet znośna, termometr dziś pokazywał 7°C, ale wiatr wieje okropny i rower odpada. Szczególnie, że w kurtce Roch robiłby za żagiel i jadąc z wiatrem miałby się fajnie, ale już pod wiatr byłby spory problem. Zatem Roch siedzi w domu i patrzy przez okno, bo gdyby nie ten wiatr to Roch pojeździłby na rowerze.

Poza tym szara rzeczywistość, ale Roch odlicza już czas do nowego sezonu. Jak dobrze pójdzie to Roch zacznie go jeszcze w styczniu, bo zimy na horyzoncie nie widać, a zimno nie robi na nim wrażenia. Jednak jakieś prognozy zapowiadają pojawienie się śniegu, ale to tylko na święta, po Nowym Roku może go nie być.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Sezonowość bloga powoduje to, że najbliższe notki będą właśnie w takim stylu.

czwartek, 1 grudnia 2011

Dużo pracy, mało roweru

No i tak prawie zleciał nam cały rok; starego zostało jeszcze 31 dni i trzeba będzie zrobić rowerowy rachunek sumienia. Jednak zanim do tego dojdzie to Roch jeszcze kilka notek napisze. Na rower nie ma czasu, pogoda -- o zgrozo -- coraz bardziej jesienna. I dobrze, bo nie trzeba skrobać samochodu, ani wkładać łopaty do bagażnika, choć do Kropka łopata nie wejdzie. Chyba, że saperka. Samochodzikiem jeździ się świetnie, a przede wszystkim oszczędnie, a o to Rochowi chodziło.

W pracy Rochowi idzie całkiem dobrze, załapał się na podwyżkę, uruchamia system do lokalizowania ludzi, czyli na nudę nie może narzekać. Jedynie na co może narzekać to brak czasu. Na rowerze by się pojeździło, śniegu nie ma, a temperatura w weekend ma osiągnąć 7°C. Ale nic to, za niedługo inauguracja nowego sezonu rowerowego i Roch jeszcze zdąży się najeździć.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 27 listopada 2011

Nie całkiem normalny koniec tygodnia

Długo Roch nie dawał znaku życia, ale koniec tygodnia należał do tych spod znaku szalonych. Jak już wiadomo, Roch utracił Megi, a właściwie tylko jej tył, ale to nie zmienia faktu, że nie mógł jej zarejestrować, a tym samym nie mógł nią jeździć. Komunikacja miejsca wywoływała u niego gorączkę, a więc wbrew wszystkim zakazom jeździł Megi i szukał jakiegoś nowego samochodu.

W końcu znalazł i nawet kupił, stoi sobie cacuszko na parkingu i czeka na poniedziałek, aż Roch pojedzie nim do pracy. Jednak dziś już nie wytrzymał i pojechał na stację, którą ma pod nosem, przez centrum i zrobił dużo więcej kilometrów niż musiał. Póki co nie ma pomysłu co zrobić ze starym samochodem; zostaje albo złom albo sprzedaż na części.

Dziś Roch wyrwał się na rower, wyskoczył z Koyotem na Świerklaniec, tam szybka kawa i powrót do domu. Wieje strasznie, prawie nie da się jeździć, ale chęć przepedałowania kilku kilometrów była silniejsza i Roch walczył z wiatrem. Gdyby nie wiało to byłoby całkiem przyjemnie, temperatura oscylowała w okolicach szóstej kreski nad zerem, a więc było w miarę ciepło. Kilometrów Roch przejechał 25, więc wynik całkiem niezły jak na koniec listopada.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 20 listopada 2011

Ostatni wypad na Dolomity. Lub przedostatni

Początkowo nie chciało się Rochowi wychodzić z domu; termometr pokazywał temperaturę bliską zeru, a w takich warunkach nawet Roch odmawia pedałowania, ale im słońce wyżej wędrowało tym robiło się cieplej. Na ambicję Rochowi wszedł również Koyot, który mimo zimna poszedł na rower, Roch nie chciał wpisać kolejnego zera do swoich nowych statystyk, które cały czas doskonali. Nie wymyślił jeszcze w jaki sposób będzie je publikował, ale to kwestia czasu, poza tym oficjalny start liczenia kilometrów zacznie zaraz po tym jak Roch podsumuje rok 2011.

Początkowo Roch chciał jechać do Świerklańca, ale ostatnio boi się trochę jeździć ulicami, bo przyciąga do siebie samochody. Meganka już strzelona, a jakby strzelili Rochowy rower to on -- Roch -- chyba by się załamał. Bo jeszcze nie przestał pachnieć nowością, a już Roch musiałby napisać na nim R.I.P. Z tego wszystkiego Roch pojechał na Dolomity. Tam nic nie jeździ, choć spotkał kilka osób na MTB, więc społeczeństwo jeszcze jeździ. Fajnie jest pojeździć po górkach, ale nie fajnie jest wpadać w poślizg, bo pod warstwą spadniętych liści z drzew czai się zły lód. Roch raz zobaczył jak wyprzedza go tył, ale ustał.

Z powrotem pojechał przez Sportową Dolinę, zjechał z wieeeeelkiej górki i pojechał do domu. Tydzień Roch nie pedałował i na pierwszym podjeździe złapał zadyszkę, w dodatku jeździł w kominiarce to ciężej mu się oddychało. Potem było trochę lepiej, ale do ideału jeszcze mu brakuje. Przyszły sezon Roch zabiera się ostro za siebie, być może zacznie jeździć rowerem do pracy, wtedy przez miesiąc ma 1280 kilometrów. O ile dałby radę codzienni jeździć rowerem.

Z wypadu powstał ślad GPS, a w zasadzie 1/10 śladu, bo urwał się jakoś 2 km od domu. Roch ma pewne podejrzenia, co powoduje takie anomalie, ale musi to jeszcze dokładnie zbadać. W zamian za ślad GPS Roch oferuje autoportret:

Rocha cień

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 19 listopada 2011

Zakręcony tydzień, bardzo.

Nie nie wskazywało na to, że koniec tygodnia będzie taki, a nie inny. Jeździł sobie Roch do pracy, w pracy pracował, później wracał z pracy i w domu odpoczywał. Jednak w końcu monotonny tydzień zmienił się w zakręcony tydzień. Otóż kiedy Roch wracał z pracy i stał na czerwonym świetle w tył wjechał mu Fiacik, który źle obliczył odległość i prędkość. Strzał był na tyle silny, że Roch wyjechał na skrzyżowanie i tam się zatrzymał. I od tego momentu nie było już nudno.

Papierki, oświadczenia, telefony, zgłoszenia, potwierdzenia; w końcu rzeczoznawca umówiony, będzie można samochód okleić taśmą i jeździć dalej. Miał Roch kupić nowy samochód w marcu, bo tak sobie obliczył, ale będzie musiał kupić w grudniu. Będzie to samochód pod choinkę, jako prezent i pocieszenie po odchodzącej już w niepamięć Megance. A szkoda, komfortowa bestia była.

Jeśli o rower chodzi to wszystko jest w porządku; choć nie do końca bo dziś sobota, a Roch jeździł tyle co do miasta kupić bilet na poniedziałek i z powrotem. Poza tym zrobiło się zimno i wietrznie i Rochowi odechciało się jeździć, bo normę na nowym rowerze ma wyrobioną, a wszystko ponad to to już jego kaprys jest. Może jutro uda się pojeździć, choć po mieście. Na koniec zdjęcie, w sumie już pamiątkowe:

Strzał z tyłu.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 13 listopada 2011

Dzień regeneracji

Oficjalnie, na potrzeby bloga, dziś Roch ma dzień regeneracji, ale w zaufaniu zdradzi Wam, że było za zimno na jeżdżenie. Termometr ledwo osiągnął poziom 5°C i Rochowi nie chciało się wychodzić. Wyszedł jedynie na balkon i to mu wystarczyło. Gdyby dołożyć do tego pedałowanie i napierający na Rocha wiatr to byłby naprawdę zimno. Poza tym Roch zrealizował założenie, czyli ma przejechane tysiąc kilometrów na nowym rowerze. Teraz Roch może od czasu do czasu przejechać się do zaprzyjaźnionego Adventure na jakieś zakupy.

Skoro Roch poruszył temat zakupów rowerowych to zostało mu do kupienia: kaseta, łańcuch i zębatka do korby. Ta ostatnia będzie obowiązkowo w kolorze niebieskim żeby dodać rowerowi smaczku. Każdy lubi biżuterię, a Rochowy rower na nią zasługuje. Jeśli zostaną jakieś fundusze to może i niebieskie miski supportu Roch kupi. Najbliższa okazja do zakupów to 6 grudnia, czyli Mikołaj.

Zregenerowany Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 12 listopada 2011

Sobotnie lenistwo

Pierwszy raz zdarzyło się, że Roch nie dokręcił do 30 kilometrów. Nie wiadomo dlaczego tak się stało, ale ma to coś wspólnego z ochłodzeniem, które od wczoraj zawisło nad Rochowymi okolicami. Temperatura spadła drastycznie bowiem z 15°C zrobiło się góra 5°C. Rochowi po prostu nie chce się marznąć zbytnio, ale na rowerze jeździ dopóki nie spadnie śnieg. Potem szkoda sprzętu, sól potrafi zjeść wszystko, a Roch w końcu ma nową ramę.

Dzisiaj na tapecie Świerklaniec i relaks w knajpce. Zimno i krótki dzień powodują, że zaplanowany wypad, który miał być tajemnicą, pozostanie nią do przyszłego sezonu. Dziś powstały kolejne ustalenia odnośnie pedałowania w nowym sezonie. Nie będzie Świerklańca, będzie za to różnorodność. Roch zapragnął zaliczyć wszystkie okoliczne wioski, miasteczka i miasta. Więc, jeśli uda mu się to spełnić, każdy weekend będzie stał pod znakiem innego kierunku. Na początek jednak zaplanowany jeszcze w tym roku wypad, który nie dojdzie do skutku.

Kilometrów Roch przejechał 28, za to z Koyotem, który dziś był rozgrzany i chętny do jeżdżenia, czyli do spokojnego, jesiennego posiedzenia w knajpce. Zapisu śladu GPS nie ma, bo też nie było co zapisywać. Jutro ostatni dzień wolnego, oczywiście na rowerze.

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 11 listopada 2011

Pierwszy tysiąc kilometrów

Jak Roch zapowiedział dziś przekroczył tysiąc kilometrów. Łatwo nie było, bo zimny wiatr odstraszył nawet Koyota, ale Roch nie mógł wrócić na tarczy i podjechał do Piekar Śląskich i wrócił do domu. Jak dmuchnął wiatr to robiło się zimno, jak nie dmuchał to było nawet znośnie. Roch ubrał się ciepło i ruszył w stronę Świerklańca i Piekar Śląskich. Najpierw jednak musiał zrobić sobie dobrze i ustawić odpowiednio nowe siodełko. Na początku miał je za bardzo cofnięte do tyłu i siedział na samym jego końcu.

Po drobnej regulacji Roch doszedł do odpowiedniego ustawienia i mógł bez przeszkód kontynuować pedałowanie. Nowe siodełko jest trochę wyższe od starego, a może jest proste podczas gdy stare było trochę wygięte po tym jak Roch przeleciał przez kierownicę. Po przejechaniu 36 kilometrów Roch nie czuł zmęczenia, tyłek go nie bolał więc zakup opłacił się. Poza tym to Fi`zi:k, czyli kultowość roweru znowu wzrosła. Do końca wolnego zostały jeszcze dwa dni, oby były cieplejsze niż piątek.

Na zakończenie tysięczny kilometr:

Pierwszy tysiąc

Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 8 listopada 2011

Czy istnieje zakaz wchodzenia do sklepu rowerowego?

Notka nie będzie opisywała wypadu rowerowego, ale temat będzie jak najbardziej rowerowy. Wracając z pracy Roch musiał podjechać do zaprzyjaźnionego Adventure kupić dętkę, bo w rowerze mamy się przebiła i trzeba było wymienić na nową. Po wejściu do sklepu Roch poczuł się jak alkoholik w monopolowym i jedna małpka dętka nie była w stanie zaspokoić chęci posiadania czegoś świeżego w rowerze. W końcu Roch przypomniał sobie, że potrzebuje siodełko, bo stare jest skrzywione i zaczęła z niego schodzić skóra.

Chwilę później Roch stał się posiadaczem nowego siodełka Fizik Nisene. Nie ma dziurki, ale za to jest miękkie i wygodne, o czym Roch przekona się jutro, bo dziś nie chciało mu się szukać bankomatu. Siodło zostało odłożone i Roch mógł spokojnie wyjść ze sklepu wiedząc, że zaspokoił swoje rowerowe uzależnienie. Jutro lub w najbliższym czasie będą zdjęcia nowego nabytku.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Witamy Blog rowerowy na Google+. Kto ma ten może dodać do kręgów.

niedziela, 6 listopada 2011

Coraz bliżej tysiąca

Niedziela, podobnie jak sobota, należała do roweru. Roch od rana myślał gdzie tu pojedzie i ile kilometrów zrobi. W końcu słońce świeci, temperatura w okolicach 15°C, czyli nie trzeba jeździć w kurtce. Ogólnie mamy polską złotą jesień i dobrze, bo Roch musi zrobić tysiąc kilometrów na nowym rowerze. Taki postawił sobie cel i go zrealizuje (chyba, że pogoda zdecyduje inaczej). Dziś jednak Roch zbliżał się do tej granicy. Na początek chciał jechać do Świerklańca, ale co niby miał tam robić? Słoneczny dzień to musiał by lawirować między ludźmi. Postanowił, że wjedzie do lasu.

I tym lasem dojechał aż do Brynicy, potem pojechał na lotnisko (tak, Roch ogłosił już pożegnanie z lotniskiem, ale -- podobno -- tylko krowa nie zmienia zdania) i z powrotem chciał wrócić przez Bibielę i Żyglin. W międzyczasie zadzwonił Koyot, że się ubiera i można zrobić jakiś szybki rower. Roch poczekał na niego i razem pojechali na Chechło. Koyot w krótkich spodenkach. Rochowi było zimną patrząc na niego. W Chechle rozjechali się w kierunku domów. W tym punkcie wypadu Rochowi stuknęło już 40 kilometrów i w sumie mógł już nie pedałować, ale przecież musiał jakoś dojechać do domu.

Pod domem miał całe 49 kilometrów i doszedł do wniosku, że nie będzie jeździł dookoła bloku żeby dobić do pełnych pięćdziesięciu kilometrów. Takie "nie okrągłe" liczby kręcą go bardziej niż takie pełne (stąd jego sympatia do liczby Π) . Do pełni szczęścia, czyli tysiąca kilometrów na nowym rowerze* brakuje mu już 18 kilometrów. Jeśli w przyszły weekend pogoda dopisze, a dopisać ma, Roch ogłosi, że zrealizował postawiony sobie cel.

A przyszły weekend stoi pod znakiem jakiegoś dłuższego wypadu. Plany już są, dosyć klarowne, kierunek też już wybrany, ale póki co Roch nie będzie zapeszał, szczegóły pod koniec tygodnia lub po fakcie. W każdym razie całkowita odległość nie mniejsza niż pięćdziesiąt kilometrów, ale nie będzie to Lubliniec. Na niego za późno, a poza tym Roch nie ma już tam żadnego interesu. Z dzisiejszego wypadu powstał ślad GPS, ale oszukuje, bo pokazuje 45 kilometrów, a powinno być ich 49.

Roch pozdrawia Czytelników.

*Roch celowo zaznacza, że na nowym rowerze, bo przez cały rok 1 000 kilometrów to byłby wstyd dla niego.

sobota, 5 listopada 2011

Rowerowy początek listopada

Długi weekend przeszedł już do historii, trzy dni pracy spowodowały, że Roch czuje się jak niedopity, bo ledwie zaczął pracować to już mu się zrobił kolejny weekend i w sumie nic nie zrobił konstruktywnego, tylko siedział i dumał. W końcu jednak przyszła sobota i Roch pojechał do zaprzyjaźnionego Adventure żeby zakupić nowy komplet łatek, bo została mu tylko jedna sierotka, a Roch zwykł łapać dwie dziurki za jednym zamachem.

Popołudniu Roch był gotowy do jeżdżenia, ale nie było nikogo z kim mógłby pedałować. Więc wetknął wtyczkę słuchawek do telefonu i ustawił ulubioną muzykę. Dzięki temu miał większe szanse na to, że przejedzie więcej niż dwadzieścia kilometrów, czyli do Świerklańca i z powrotem. Dobrze mu się pedałowało, więc z rzeczonego Świerklańca Roch pojechał do Piekar Śląskich, tam wjechał na kopiec i pojechał dalej do Radzionkowa. Kilometrów było wciąż mało więc Roch uderzył jeszcze na Dolomity i w końcu czuł zadowolenie z wyniku.

Z wynikiem 37 kilometrów wrócił do domu choć chciało mu się jeszcze jeździć to zbliżał się wieczór. Taka pora roku, że o 16:00 robi się ciemno. Z wypadu powstał ślad GPS, który wygląda na poprawny. Chyba ostatnia aktualizacja poprawiła zachowanie programu, bo nie rysuje już prostych kresek, a i prędkości zazwyczaj się zgadzają. Zainteresowani mogą kliknąć: Listopadowa przejażdżka.

Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 1 listopada 2011

Długi weekend – dzień czwarty

Ostatni dzień długiego weekendu zrobił Rochowi dobrze. Temperatura grubo ponad 15°C, wielkie, żółte słońce i ciepło niczym wiosną. Roch nie mógł długo siedzieć w domu. Taka pogoda w listopadzie to rzadkość, a więc trzeba korzystać póki jest taka możliwość. Roch umówił się z Koyotem w Świerklańcu i chcieli jechać gdzieś do Radzionkowa, ale los chciał inaczej. Trochę pobłądzili w lesie i wyjechali z powrotem w Świerklańcu. Roch wiedział, że to znak żeby zrobić sobie trochę bardziej leniwy dzień.

Tak więc usiedli na murku i zrelaksowali się. Słońce ładnie świeciło, ciepły wiaterek powiewał, a Roch z Koyotem siedzieli i prowadzili filozoficzne dysputy na różne tematy, przeważnie o Rochowych podbojach sercowych. W końcu jednak zebrali się i pojechali w kierunku Chechła. Tam też rozjechali się. Niby taki leniwy dzień, więcej siedzenia niż jeżdżenia, a Roch zrobił 32 kilometry, czyli założenie długiego weekendu zostało spełnione. I tak w sobotę Roch przejechał 40 kilometrów, w niedzielę było ich 45, w poniedziałek wyszło 36 i dzisiaj Roch przejechał 34. W sumie Roch przez cztery dni przejechał 155 kilometrów.

Teraz trzy dni bez roweru i znowu weekend, który zapowiada się wcale nie gorzej niż ten, który już się kończy. Jeśli wszystko pójdzie po Rocha myśli to zacznie się on zbliżać do magicznej granicy tysiąca kilometrów na nowym rowerze. Jeśli to się uda to Roch zacznie świętować, bo to dobrze wróży na nowy sezon. Jeśli przejedzie kilka tysięcy na rowerze to będzie sukces, ale życie nauczyło go żeby nie deklarować konkretnych liczb. O nich Roch - i nie tylko o nich - Roch będzie pisał zbiorczo w notkach podsumowujących rok. Ta za 2011 rok już jest w przygotowaniu, w końcu trochę się działo.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 31 października 2011

Długi weekend – dzień trzeci

Trzeci dzień długiego weekendu był dużo lepszy niż drugi dzień; było dużo słońca i dzięki temu było dużo cieplej niż wczoraj. Roch zostawił kurtkę w domu, wskoczył w kamizelkę i pomknął przed siebie. Dziś pedałował sam, bo Koyocik nie przedłużył sobie weekendu, a już nikt inny nie jeździ na rowerze. Nie chciało się Rochowi myśleć nad trasą więc wybrał drugi wariant wczorajszego planu rowerowego.

Na początek Roch dostał się do Miasteczka Śląskiego i tam wjechał do lasu, którym dojechał do samego Pniowca, który był celem dzisiejszego wypadu. Dawno tam Rocha nie było, a przecież droga jest całkiem przyjemna. Kilometrów było mało i Roch pojechał jeszcze do Rept i skończył na Dolomitach. Zgodnie z zapowiedziami nie chce on zejść poniżej 30 kilometrów dziennie, a dziś Roch przejechał 36.67 kilometrów.

Po raz któryś Roch zabiera się za profesjonalne statystyki i może teraz w końcu mu się uda. W każdym razie do końca roku nie prowadzi ich, bo i tak nie ma to sensu. Nie sposób ustalić ile Roch przejechał kilometrów na rowerze bez licznika. W każdym razie na nowym rowerze przejechał 861 kilometrów, a celem jest okrągły tysiąc. Większe cyfry pojawią się dopiero za rok. Nawet nie cały, bo od marca lub kwietnia Roch chce już pedałować.

Na zakończenie ślad GPS dzisiejszego wyjazdu: Pniowiec.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
W najbliższym czasie Roch uruchomi bazarek, musi się trochę wyprzedać z tego co mu zalega po szufladach.

niedziela, 30 października 2011

Długi weekend – dzień drugi

Dobrej pogody ciąg dalszy. Dzisiaj była nawet lepsza niż wczoraj, więcej słońca i mniej wiatru. Roch szybko ogarnął obiad i zaczął wywoływać Koyota z lasu. Umówili się na stacji w Miasteczku Śląskim i stamtąd wyruszyli w dalszą podróż. Na początek trzeba było przedostać się w okolice Nowego Chechła bowiem plan wycieczki obejmował przejazd do Piekar Śląskich i do Świerklańca na rozgrzewającą kawę choć wcale zimno nie było, ale dobra kawa nie jest zła.

Po spożyciu kawy pojechali jeszcze raz do Nowego Chechła i tam się rozjechali. Roch chciał jeszcze dokręcić parę kilometrów, ale okazało się że wcale nie będzie to konieczne. Pod domem miał ich czterdzieści pięć; co prawda mógł dokręcić do pełnych pięćdziesięciu, ale nie chciało mu się. Koszulka zaczynała robić się mokra i mając do wyboru założenie suchej albo jeżdżenie w mokrej Roch wybrał oczywiście suchą i kolejną kawę w domu.

Robiąc kolejne kilometry Roch dochodzi do wniosku, że to już jesień jest. Wszędzie pełno spadniętych liści, a te które nie spadły to są żółte i też spadną. Ma to swój urok, bo można zrobić zdjęcie rowerowi w liściach, ale też zwiastuje nadejście zimy. Oby tylko następny długi weekend był jeszcze pogodny, rower ciągnie. Na zakończenie rower w liściach:

Rower w liściach

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 29 października 2011

Długi weekend – dzień pierwszy

W końcu długo wyczekiwany przez Rocha długi weekend. Roch musiał odpocząć od myślenia, potrzebował dłuższej przerwy, a zwykły weekend nie wystarczał mu żeby tak całkiem się odmóżdżyć. Teraz ma na to cztery dni i Roch ani myśli zaglądać do firmowej poczty. Zajrzy dopiero w środę, a do tego czasu cieszy się w miarę dobrą pogodą, sprawnym rowerem i chęcią do jazdy, która Rocha nie opuszcza. Towarzystwo rowerowe też dopisuje. Dziś Roch pedałował z Koyotem.

Na początek wizyta w zaprzyjaźnionym Adventure, ale tym razem Roch nie kupił nic, nie zaciągnął żadnego kredytu, choć było trudno, bo siodełko Cube kusi go bardzo. I chyba pójdzie w poniedziałek i pomyśli, czy kupić, czy nie. I pewnie kupi. Po wyjściu ze sklepu Roch z Koyotem pojechali na kawę, a później pomknęli do Świerklańca. Tam już żadna "kawodajnia" nie działała więc pozostało wjechać w las i wyjechać gdzieś pod lotniskiem.

Tam też zakończył się etap wspólnej wycieczki i Roch wrócił do domu przez Żyglin i Miasteczko Śląskie. Pogoda była znośna, ale pochmurno. Dopiero teraz, kiedy Roch siedzi przed monitorem i stuka w klawiaturę, wychodzi słońce, ale Roch nie będzie już jeździł. Jedna czterdziestka mu wystarczy, poza tym ma lekko kontuzjowaną rękę i nie chcę się forsować. Co prawda rower to najlepsze lekarstwo, ale przed Rochem jeszcze całe trzy dni i chciałby zrobić 3x40km (lub nawet 3x50km), a więc trzeba się oszczędzać. Śladu GPS nie ma, oprogramowanie zawodzi i rysuje głupoty.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Jeśli ktoś ćwierka to Rocha można też podejrzeć na Twitterze.

środa, 26 października 2011

Jubileuszowa notka

To jest tysięczny wpis na Rochowym blogu. Pogoda do bani, nie można świętować na rowerze, a więc trochę techniki. Jeżdżący na rowerze robot (filmik przesłany przez czujnego Czytelnika):


Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 23 października 2011

Pożegnanie z lotniskiem

Niedziela zapowiadała się na pochmurną, ale z biegiem czasu robiło się coraz ładniej i Roch zaraz po obiedzie poszedł na rower. Musiał iść. Musiał przemyśleć kilka spraw, a najlepiej myśli się na rowerze, a jeszcze lepiej jeśli Roch pedałuje w stronę lotniska. Długa trasa pozwala na głębokie przemyślenia, a tego Rochowi było dziś potrzeba. Ciepło nie było, ale Roch ciepło się ubrał, owinął twarz i pojechał przed siebie. Chciał ostatni raz zobaczyć lotnisko, położyć się na trawie i zobaczyć jak przelatuje nad nim samolot.

Lotnisko, ostatnia wizytaDroga przyjemna, w lesie sucho i pełno rowerzystów chcących -- podobnie jak Roch -- wykorzystać do maksimum ciepłe i pogodne dni. Na miejscu Roch widział ogon CargoJeta i kilka innych stojących pod terminalem. Powstało zdjęcie dokumentujące osiągnięcie zaplanowanego celu, czyli lotniska. Nic niestety nie chciało wytoczyć się spod terminala, więc Roch szybko schował telefon, ubrał rękawiczki i ruszył w powrotną drogę. Pierwsza wersja była taka żeby jechać prosto do domu, ale wyszło słońce i Roch odbił w lesie w jakąś ścieżkę i dojechał nią do Chechła. Tam też sporo ludzi jeździło na rowerach, czyli nie tylko Rochowi chce się jeździć.

Przy czterdziestym kilometrze zaczęło mu się robić zimno i stwierdził, że to zupełnie wystarczy i pora wracać do domu. Jakby nie patrzeć to już koniec października i można szaleć, ale z umiarem. Łatwo przesadzić i złapać jakiegoś paskudnego wirusa. W domu gorąca kawa postawiła Rocha na nogi i pewnie na tych nogach dochodzi do wieczora. Z wypadu powstał ślad GPS, ale jakiś oszukany. Według telefonu Roch pojechał, ale nie wrócił, a to nie prawda. Trzeba będzie rozejrzeć się za jakimś alternatywnym oprogramowaniem zapisującym ślad GPS. Dla ciekawskich ucięty ślad GPS: Pożegnanie lotniska.

I na koniec Roch w wersji jesiennej:

Roch w wersji jesiennej

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 22 października 2011

Zimne, jesienne, jeżdżenie

W tym tygodniu Rochowi nie bardzo chciało się jeździć po pracy, zresztą kończący się tydzień należał raczej do tych z grupy "znowu nie działa" i Roch nie chciał ryzykować jeszcze jakiegoś rowerowego przypadku. Wystarczy, że stał w kilometrowych korkach, że skasował sobie osiem godzin pracy i w poniedziałek musi robić to, co już w piątek miał zrobione. Roch nie może się doczekać nadchodzących dwóch długich weekendów kiedy będzie mógł odpocząć dłużej. Tyle słowem wstępu.

Dziś Roch zażył trochę relaksu, oczywiście na rowerze. Z Koyotem był umówiony w zaprzyjaźnionym Adventure. I jak przystało na zarażonego cyklozą, Roch wychodząc ze sklepu miał nowe manetki. Czasem Roch zastanawia się, czy nie ma w sobie jakiegoś "pierwiastka kobiecego", bo co jest w rowerowym to musi coś kupić. Tym razem padło na manetki. Roch boi się już tam wchodzić, bo powoli zbliża się do "cienkiej czerwonej linii" po przekroczeniu której będzie musiał inwestować w XTRa.

Już z nowymi manetkami na kierownicy Roch z Koyotem pojechali na kawę(y) do Świerklańca. Gdyby nie wiatr to byłaby całkiem przyjemna pogoda, ale jak dmuchnęło zimnem to robiło się nieprzyjemnie. Efektem tego były dwie kawy dla rozgrzania zmarzniętych kości. W drodze powrotnej zaliczyli jeszcze Chechło i każdy rozjechał się w swoją stronę. Jutro, o ile pogoda dopisze, Roch też wskoczy na rower, trzeba jeszcze korzystać póki pogoda jakoś drastycznie nie załamuje się.

Na koniec ślad GPS: Jesienne jeżdżenie. Kilometrów trochę przybyło, celem jest tysiąc na nowym rowerze. Pomimo, że jest coraz zimniej i coraz krócej jest dnia Rochowi nadal chce się jeździć. Magia nowego roweru działa nadal i oby działała cały czas. Na przyszły sezon Roch ma mnóstwo planów rowerowych. Lubliniec, Jura, Bobolice i kto wie co jeszcze.

Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 18 października 2011

Wieczorne jeżdżenie

Po wczorajszej regeneracji, spowodowanej domowymi obowiązkami Roch, ponownie wskoczył na rower i pojechał do Miasteczka Śląskiego. Dziś było nawet cieplej niż wczoraj, termometr w samochodzie pokazywał temperaturę w okolicach 12°C. Jedyną przeszkodą był wiatr, który od rana wieje jak szalony. W Miasteczku Śląskim Roch zawrócił i pojechał do domu. Trasa krótka, ale dzień też już nie należy do najdłuższych. Dłuższe wypady są jeszcze możliwe w weekend, kiedy Roch cały dzień siedzi w domu.

Pojawił się zapis śladu GPS wypadu; kreska jest krótka i mało ciekawa, ale skoro już Roch zaprzęgnął do pracy GPS to trzeba się nią pochwalić. Kilometrów wyszło mało, ale przejażdżka była bardziej dla przyjemności niż dla kilometrów. Wspomniany ślad: Miasteczko Śląskie.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 16 października 2011

Niedziela z rowerem

Niedziela zapowiadała się leniwie; początkowo Roch próbował umówić się z Koyocikiem, ale o 930 termometry wskazywały 1°C, czyli było za zimno żeby swobodnie pedałować. Roch czekał do popołudnia z rowerem. W końcu poszedł pojeździć, choć wcale cieplej nie było, ale żeby nie myśleć to musiał trochę pokręcić nogami. Założył słynne już pokrowce i ruszył przed siebie. Póki jechał to było mu ciepło, ale w końcu musiał się zatrzymać. I wtedy robiło mu się zimno, a kiedy znowu zaczynał pedałować to robiło mu się ciepło, czyli nie było wyjścia i Roch musiał kręcić.

Słońce ładnie świeciło, nawet ogrzewało trochę Rocha, ale to chyba już koniec ciepłego powietrza. Zbiornik z nim świeci pustkami i teraz pora na zimne powietrze, jednak dopóki śnieg nie spadnie to Roch będzie kręcił. Na nowym rowerze ma już przejechane 650 km, czyli jeszcze 350 i Roch poczuje się spełniony. Z kondycją też nie ma źle skoro kilometrów przybywa w takim tempie. Jutro pierwszy dzień pracy i oby ten tydzień zleciał szybko, w czym Roch pomoże "temu tygodniu" jeżdżąc po pracy na rowerze.

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 15 października 2011

Drobne nieporozumienie

I mamy weekend, pogoda nawet nie była zła, ale było chłodno. Jednak Rochowi nie robi już to różnicy, bo jedyny element jego ciała, który do tej pory marzł teraz jest owinięty ciepłym pokrowcem i Roch może swobodnie kręcić kolejne kilometry, bo w końcu ciepło mu w... stopy. Dzisiaj rano odbyła się pierwsza jazda testowa i Roch musi powiedzieć, że jest bardzo zadowolony. Na spotkanie z Koyotem Roch był umówiony w Miasteczku Śląskim, ale wkradł mu się jakiś złośliwy chochlik i Roch czekał na towarzysza w zaprzyjaźnionym Adventure.

W końcu Koyot przyjechał i wyszło szydło z worka; Roch zwyczajnie pomylił miejsca i zamiast przyjechać do Miasteczka Ślaskiego to pojechał do Adventure. Nieścisłość szybko została wyjaśniona, Roch wykazał skruchę i przeprosił za pomyłkę. Potem już można było pedałować. Wpierw do Świerklańca, na rozgrzewającą kawę, a potem z powrotem do Tarnowskich Gór. Po 30 kilometrach Roch może powiedzieć, że ocieplacze to jedna z lepszych inwestycji. Całą drogę było Rochowi ciepło.

Jutro niedziela, jeśli pogoda dopisze (czyt. nie będzie padał deszcz) to Roch nie zamierza siedzieć w domu. Bierze rower, Koyocika i ocieplacze i jedzie gdzieś przed siebie. Nie ma co siedzieć w domu i utyskiwać jak to jest zimno, kwestia odpowiedniego ubioru i rower może sprawiać przyjemność nawet przy 5°C.

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 14 października 2011

Cieplej w stopy

Nadeszły zimne czasy i letnie buty SPD zaczęły przesadnie podchodzić do pojęcia wentylacji. O ile latem pożądany jest wiaterek w bucie, o tyle jesienią ów wiaterek nie jest zalecany. Wczoraj Rochowi stopy zmarzły i dziś, w zaprzyjaźnionym Adevnture, Roch kupił pokrowce na buty, żeby nie było mu zimno. Na szczęście w sklepie była jedna jedyna para ocieplaczy i w dodatku pasowały one na Rochowe buty.

Roch szybko otworzył linię kredytową i już mógł owijać buty ciepłą "skarpetą". W końcu zrobiło się Rochowi ciepło i mógł pojechać do Miasteczka Śląskiego. Jednak czasu było już mało i Roch dojechał do końca i szybko wrócił. Ocieplacze sprawdzają się i jutro z przyjemnością Roch ponownie wyjdzie na rower.

Roch pozdrawia Czytelników.

środa, 12 października 2011

Mokry i zimny rower

Kolejny dzień spędzony na rowerze, tym razem wspólnie z Koyotem, który dał się wyciągnąć krótką przejażdżkę. Oczywiście trasa już sprawdzona, czyli Miasteczko Śląskie. Cały kłopot polegał na tym, że było zimno, a chwilę przed wyjazdem z domu przestał padać deszcz, czyli było też mokro. Jednak powoli Roch toczył się w kierunku stacji. Woda spod kół pryskała na nowiutką ramę, ale kiedyś w końcu musi się ubrudzić.

Z powrotem Roch wracał już sam, zrobiło się jeszcze zimniej i w dodatku trochę się ściemniło. Jednak Roch wyposażył się w lampkę która oświetla mu tyłek żeby nikt w niego nie wjechał, w końcu Roch jest w pewien sposób przyzwyczajony do tej części swojego ciała. Jak dojeżdżał do domu to jeszcze było (w miarę) jasno, ale słońce już chowało się za horyzontem.

Jutro, o ile pogoda pozwoli, Roch znowu wybywa na rower. Trzeba korzystać póki jeszcze można.

Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 11 października 2011

Ponownie w siodle

Od wczoraj zmieniło się trochę; dzień dużo bardziej udany, co prawda pogoda nadal pod psem, ale popołudnia są jeszcze jako tako znośne. Roch z Katowic wraca tuż po 1600, zjada szybki obiad i wskakuje na rower. Trzeba umieć wykorzystać każdą chwilę żeby pojeździć na rowerze. Trasa już tradycyjna, czyli Miasteczko Śląskie i z powrotem. Tym razem bez pauzy na ławeczce.

Wiatr wiał niemiłosiernie, ale jakoś jechało się. Gdyby nie wiatr i chmury to byłaby całkiem ładna pogoda, termometr wskazywał 16°C, a więc tak zimno nie było. Roch pedałował w cieplejszej bluzie i kamizelce. Było w sam raz. Oby i jutro było podobnie, a nawet lepiej. Pedałowanie po pracy to fajna sprawa, można się odrobinę zrelaksować.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 10 października 2011

Długo wyczekiwany rower

Poniedziałek nie należał do udanych; awaria radia i jazda samochodem w kompletnej ciszy (nie licząc podśpiewywania pod nosem), potem kompletna pustka, która dopadła Rocha w pracy. Było jeszcze kilka epizodów, o których Roch nie będzie pisał, bo zwyczajnie nie warto. Czekał tylko do 1500 aż wyjdzie z pracy i pojedzie do domu. Na szczęście na drogach było luźno i Roch w miarę szybko pokonał trasę. W domu szybki obiad i rower.

Po czterech dniach wygłodniały Roch wskoczył na siodełko i pojechał do zaprzyjaźnionego Adventure żeby dopompować Bomberka, bo już nie chciało mu się grzać po schodach na czwarte piętro. W zaprzyjaźnionym Advenutre Roch dostał pompkę, która była dziwna. Im szybciej Roch pompował, tym powietrze szybciej uchodziło. W końcu zapytał co to za fenomen i dowiedział się, że trzeba umieć to obsłużyć. Po chwili, w wykwalifikowanych rękach, pompka pompowała aż miło było patrzeć na manometr.

W końcu Roch mógł wyruszyć przed siebie, czyli do Miasteczka Śląskiego. To już będzie standardowa trasa, którą Roch będzie uskuteczniał. Dnia ubyło już całkiem dużo i dalsze wyjazdy są możliwe w weekend i w dodatku rano, co nie zawsze jest możliwe. W drodze powrotnej złapał go deszcz. Niewielki, raczej taka mżawka, ale upierdliwa, bo zimna. Na szczęście Roch wziął kurtkę i wrócił w miarę suchy.

Rower przeszedł podwójny chrzest; po pierwsze został zmoczony przez deszcz, a po drugie Roch jeździł z "wyserwisowanym" Bomberkiem. A na koniec dojrzał do tego, żeby obciąć rurę sterową żeby mieć bardziej rajdową pozycję. Teraz tylko znaleźć chwilę, żeby zaprzyjaźniony Adventure ją skrócił.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 9 października 2011

Rower już w domu, pogoda nie sprzyja testom

Rower stoi już w domu, z nowym olejem, napompowany i gotowy do jazdy. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że pogoda na weekend dała ciała. Jest zimno, słupek rtęci ledwo wzbija się na poziom 10°C, ale nie to jest najgorsze. Deszcz. I to nie taki ciągły, który zaczyna padać, pada i przestaje padać. Ten deszcz jest inny, on zaczyna padać, pada i przestaje padać, później wychodzi słońce, niebo robi się błękitne i znowu pada i tak cały dzień. Nawet jakby Roch chciał wstrzelić się w "okienko" pogodowe to zdąży się ubrać i znowu pada. Weekend, pod względem rowerowym, należy zaliczyć do nieudanych.

Jedyne co Roch zrobił to wytarł ramę, napompował Bomberka, zamocował kabelek z licznika i wytarł go, Bomberka, z resztek oleju. Nic nie jeździł, nie wie, czy ohydny luz nadal jest, czy już go nie ma. Poza tym Roch musi znowu dobrać odpowiednią ilość powietrza żeby amortyzator wybierał mu liście, ale nie ma kiedy, bo pada deszcz. Jesień mogła nadejść dużo później, po co ona nam teraz? Jeszcze październik nie zaczął się na dobre, a już plucha i zimno. Według prognoz deszcz jest przejściowy, ale niska temperatura może zagościć na dłużej. I niech sobie jest, najważniejsze żeby nie padało.

Roch pozdrawia Czytelników.

środa, 5 października 2011

Operacja się udała, pacjent żyje

- "Cześć, gusioo z tej strony, zajrzałeś do Bomberka?" -- Zapytał Roch podczas przerwy śniadaniowej.
- "No, wszystko jest ok, ma lekki luz, ale to normalne" -- Odpowiedział W.

W tym momencie Rochowi spadł kamień z serca i wszystko wróciło do normy. Amortyzator jest sprawny i konto nie zostanie opróżnione, poza tym Roch związał się emocjonalnie z Bomberkiem. Żaden inny amortyzator nie byłby w stanie zastąpić mu Bomberka, z żadnym innym Roch nie przeżył tyle co z Bomberkiem. Na całe szczęście jutro już rower będzie poskładany i można będzie jeździć, o ile pogoda na to pozwoli.

Co prawda lekki luz jest, ale po sześciu latach mały luz ma prawo się pojawić. Według zaprzyjaźnionego Adventure nie ma co tego naprawiać, luz jest minimalny, a wymiana ślizgów wiąże się z wymianą uszczelek. Roch posłucha rady Fachowców i będzie jeździł. Luz będzie monitorowany, jeśli zacznie toczyć Bomberka wtedy Roch wymieni ślizgi i uszczelki. Póki co pacjent żyje, operacja się udała.

Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 4 października 2011

Rokowania są dobre

Wczoraj Roch oddał rower w troskliwe ręce zaprzyjaźnionego Adventure żeby przywrócili Bomberka do stanu używalności. Jednak nie mógł się doczekać diagnozy i już w sobotę napisał do przedstawiciela Marzocchiego na Polskę, czyli do F.H. "GREGORIO" z pytaniem "czy są części zamienne". Dziś nadeszła odpowiedź:

"Witam
Kpl. tulei ślizgowych to koszt 80zł - towar jest dostępny.
Generalnie materiały eksploatacyjne (uszczelki, olej) są dostępne w ciągłej sprzedaży.
Pozdrawiam
F.H.Gregorio"
Wynika z tego, że rokowania są dobre, pacjent powinien przeżyć niewielkim kosztem. Zabrzmiało jakby Roch pracował w NFZ, ale ten miesiąc miał być miesiącem oszczędzania i może uda się jeszcze odłożyć trochę środków na czarną godzinę. Od rana Roch dzwoni do chłopaków z nadzieją, że rower jest już naprawiony i dane mu będzie pojeździć przez weekend ponieważ ubiegłotygodniowy plan rowerowy jest nadal aktualny.

Być może jutro będzie wiadomo co mu dolega i oby były to tuleje ślizgowe. Potem jeszcze poczekać aż towar przyjedzie i można śmigać jakiś dłuższy dystans. Teraz pozostaje trzymać kciuki za sprawną logistykę, niby do Ustronia nie jest daleko, ale różne rzeczy mogą się wydarzyć.

Na chwilę obecną nic więcej nie wiadomo. Jeśli pojawią się jakieś aktualizacje Roch natychmiast napisze notkę.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 2 października 2011

Delikatnie i ostrożnie

Niedziela, po pochmurnym poranku, była bardzo przyjemna. Pogoda wręcz letnia, a Roch musiał powstrzymać się od rowerowania. Długo jednak nie wytrzymał i popołudniu postanowił, że trochę pojeździ. Pojechał na stację PKP i z powrotem. Omijał każdą dziurę, starał się odciążyć przód i nie hamować przednim hamulcem. Nic nie stukało, ale to nie był znak, że Bomberek cudowanie naprawił się przez noc. Na miejscu Roch posiedział, poplotkował z towarzyszem wypadu.

Na wycieczkę Roch zabrał aparat, żeby po raz drugi złapać TLK, ale tym razem na każdym zdjęciu jest słup trakcyjny i żadne z nich nie nadaje się do pokazania. Poza tym trafił się jeden samolot i to zdjęcie akurat nadaje się na pokazanie na Flickr. Po powrocie do domu Roch zasiadł przed komputerem i tak już zostanie aż do wieczora. Jutro poniedziałek, a więc pierwszy dzień kolejnego tygodnia pracy i pierwszy dzień bez roweru, który popołudniu jedzie do zaprzyjaźnionego Adventure.

WizzAir

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 1 października 2011

Stukanie i pukanie

- "No masz ci los" -- mruknął Roch.

Tymi słowami zaczął sobotni poranek, kiedy o 800 wyjeżdżał z domu na spotkanie z Koyotem. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że awaria dopadła Bomberka, a dokładnie -- tak orzekli spece z zaprzyjaźnionego Adventure -- ślizg. Pękł był lub jakiś inny numer wykręcił, co objawia się tym, że prawa goleń ma luz większy niż roboczy, a skutkiem tego są stuki. Stuka i puka i nie pozwala jeździć. Weekend więc zapowiada się stacjonarnie, na łóżku lub z aparatem gdzieś, ale na pewno nie na lotnisku, bo nie ma jak dojechać.

Co więcej Roch musiał odwołać jutrzejszy wypad z Koyotem, bo boi się o pogorszenie stanu pacjenta. Co prawda można jeździć, ale świadomość, że coś niedomaga w jego rowerze blokuje go. Tak już ma zakodowane, że wszystko może mieć awarię, ale rower musi działać jak najlepszy szwajcarski zegarek. Nic nie może skrzypieć, nie mówiąc już o stukaniu, czy pukaniu. Trasa do Świerklańca jest dobrze znana, ale dziś dodatkowy smaczek, GPS również doznał awarii i zarejestrował ślad cokolwiek dziwny: Świerklaniec.

Ewidentnie GPS chciał na lotnisko, ale z awarią Bomberka to nie jest możliwe, Nigdy!

Roch pozdrawia Czytelników.

czwartek, 29 września 2011

Rowerowy czwartek

Druga notka tego dnia, ale Roch postanowił nie zaburzać więcej czasoprzestrzeni i spróbować uzupełniać blog tego samego dnia. Tak będzie mniej zamieszania, a i więcej czasu na pracę w pracy. Powrót z Katowic odbył się sprawnie i już o 1600 ciało Rocha siedziało nad talerzem, a umysł był ho ho daleko na rowerze. Szybko zjadł i poszedł jeździć, bo pogoda wciąż przypomina polską złotą jesień. Dnia nie starcza na dłuższe pedałowanie, ale do Miasteczka Śląskiego popatrzeć na pociągi Roch jeszcze dojeżdża za dnia.

Jutro jeszcze Roch posiedzi nad delegatami i od 1500 myśli tylko o rowerze i wypadzie na lotnisko. Być może uda się zrobić więcej zdjęć niż ostatnio. Poza tym z mgły wyłaniają się kolejne plany na dłuższe pedałowanie. Na pewno będzie to niedziela, bo wtedy Koyot jest osiągalny, ale jak zsynchronizować się? Tego jeszcze Roch nie wymyślił, ale do niedzieli długa droga, a jak wiadomo "myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli".

Według pogodowych szamanów ma być ładnie. Nawet bardzo ładnie. Nie pozostaje nic innego jak nasmarować łańcuch, nalać wody do plecaka i można ruszać. Nowy rower ma przejechane już 400 kilometrów, a dziś Roch zauważył że Bomberek złapał jakiś dziwny luz. Jutro trzeba jechać do zaprzyjaźnionego Adventure, żeby fachowcy zobaczyli co mu dolega.

Śladu GPS nie ma, kierunek Miasteczko Śląskie jest również oklepany.

Roch pozdrawia Czytelników.

Rowerowa środa

Po wtorkowej regeneracji Roch ponownie usiadł na siodełku. Chce do maksimum wykorzystać świetną pogodę, której będzie, niestety, coraz mniej. Póki co jest doskonale; nie za ciepło, nie za zimno (chyba, że wraca się po zmroku), nie ma deszczu (nie licząc nocnych ulew), słoneczko przyświeca i chce się jeździć. Rower sprawuje się doskonale, nic nie zgrzyta, nic nie puka. Jedynie smarować łańcuch i jeździć. Wczorajszy wypad zakończył się w Świerklańcu, bo na dalsze trasy dnia brakuje, ale są weekendy.

Jeden z nich zbliża się wielkimi krokami i Roch już snuje plany gdzie pojedzie. Na pewno jeden dzień zostawi sobie na lotnisko, może będzie więcej okazji do zrobienia zdjęć niż ostatnio, a może znowu pojedzie na stację żeby mieć kolejnego TLK. W sobotę klaruje się wypad na wioski, masa podjazdów, zabójczy Kamieniec, ale trzeba sprawdzić rower w każdych warunkach. Drugie śniadanie powoli Roch kończy, pora wracać do delegatów choć tydzień ma się ku końcowi i wydajność Rocha lekko spada. Śladu GPS nie ma, Świerklaniec to oklepany kierunek.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Notka oczywiście za środę, teraz Roch siedzi na wygodnym fotelu, choć wolałby niewygodne i twarde siodełko swojego ulubionego pojazdu.

wtorek, 27 września 2011

Początek tygodnia na rowerze

Co prawda notka odnosi się do poniedziałku, czyli do wczoraj, ale skoro Roch pedałował na rowerze to należy się stosowny wpis na blogu. Siłą rozpędu sobotniego i niedzielnego wypadu Roch postanowił, że i poniedziałek będzie rowerowy ponieważ jak rozpoczynać tydzień, na rowerze, to z przytupem. Dużo kilometrów Roch nie przejechał, bo zaczął jeździć o 1700, ale "standardową" trasę na stację kolejową w Miasteczku Śląskim zaliczył. Kilka pociągów przejechało i Roch wrócił do domu.

W wypadzie tym towarzyszył mu zaprzyjaźniony towarzysz rowerowy, z którym czasem ogląda też samoloty. W drodze powrotnej przydarzyła się przebita dętka, ale dziurka była na tyle mała, że jeden pit-stop, na uzupełnienie powietrza, wystarczył. Dobrze, że Roch wozi z sobą pompkę, bo inaczej albo wóz serwisowy albo marsz z buta. Dziś Roch regeneruje się, pogoda w dalszym ciągu zacna, taka prawdziwa złota jesień i jutro Roch rozpoczyna popołudnie od godzinnego roweru. Dla zdrowotności.

Powstał zapis GPS z wczorajszego wypadu: Miasteczko Śląskie.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 25 września 2011

W pogoni za TLK

Ostatni dzień kiedy można dłużej pojeździć na rowerze; jutro Roch też pojeździ, ale zdecydowanie krócej, bo dnia jest coraz mniej. Korzystając z "ostatniego dnia wolności" Roch pojechał na lotnisko, ale to akurat nie był jego podstawowy cel. Na lotnisku trochę ruchu było, ale jego stała miejscówka -- ta na podkładach -- została zajęta i musiał stać w oczekiwaniu na jakiś start. Celem jednak było inne miejsce, a lotnisko to taki produkt uboczny, który dostarczył Rochowi przyjemności, ale nie do końca takiej na jaką czekał.

Celem była stacja PKP w Miasteczku Śląskim. Od jakiegoś czasu Roch obserwował przejeżdżającego przez nią TLK, co w rejonie Tarnowskich Gór i Miasteczka Śląskiego jest rzadkością. Ów TLK jedzie z Katowic do Szczecina Głównego i Roch chciał mieć go w swojej kolekcji szczególnie, że przez stację przelatuje z prędkością około 100 km/h. Doznania dźwiękowe są niesamowite. Roch ustawił się na peronie i czekał. W końcu słychać szum, świst i jest. Pędzi bestia; EU07 z czterema wagonami. Roch wycelował i pstryk. TLK48101 ląduje na Flickr.

Wypad zamknął się w okolicach 45 kilometrów, ale na nowym rowerze jakoś tych kilometrów nie było czuć. Jutro początek tygodnia, może Rochowi uda się co nieco popedałować po pracy, o czym będzie informował. Ślad GPS dzisiejszego wypadu: EPKT & PKP spotting. I najważniejsze, TLK w pełnej krasie:

TLK48101

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 24 września 2011

Prawie cały czas pod górkę

Z braku jakiś sensownych planów rowerowych Roch z Koyocikiem pojechali w kierunku Dobieszowic, a "później zobaczy się". Na miejscu wybrali się w kierunku Rogoźnika, bo Roch tam jeszcze nie był. Na miejscu pojawiło się jakieś jeziorko, jakaś "plaża", ale było już za zimno żeby na czymś zawiesić oko. Potem jechali pod górkę, przez dłuższy czas. Następnie gdzieś w lewo i znowu pod górkę. Gdyby Roch nie zapisywał śladu to teraz nie byłby w stanie odtworzyć trasy. Fajne jest to, że całkiem nowy kierunek i całkiem nowe widoki.

W każdej miejscowości było pod górkę; Roch już myślał, że niedługo złapie jakiś samolot za skrzydło, bo cały czas kręcili się w okolicach lotniska. W końcu po którymś podjeździe był zjazd. Tak długi, że w połowie Roch zaczął się nudzić. Długa prosta w dół, żadnych większych dziur, żadnych zakrętów. Prędkość w okolicach 50km/h i cały czas w dół. W końcu zjazd się skończył i znaleźli się w Mierzęcicach. Potem jeszcze tylko Ożarowice i już widać Świerklaniec. Szybka kawa i można wracać do domu.

Kilometrów udało się zrobić 60, co jest niezłym wynikiem. Na kolejną setkę brakuje już dnia, trzeba by zacząć pedałować rano, a nie zawsze można. Jednak dystans jest całkiem przyzwoity i Roch nie może doczekać się przyszłego sezonu, bo pełno jest kierunków, w których chciałby pojechać. Jednym z nich jest Góra Świętej Anny.

Dzisiejszy ślad GPS: Dobieszowice - Nowa Wieś - Mierzęcice.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 19 września 2011

Rozciąganie mięśni

O dziwo po sobotnim zdobywaniu Lublińca w niedzielę, czyli wczoraj, Rochowi nic nie dolegało, a nawet czuł się lepiej niż zawsze. Pogoda dopisywała, choć rano zapowiadało się na jakiś deszcz. Z biegiem dnia Rochowi chciało się jeździć, a z Koyotem był umówiony dopiero po 1600 bo niedziela to "niedzielne obiady" tylko u każdego o innej porze i ciężko jest się zsynchronizować.

- "Położę się spać" -- Pomyślał Roch -- "pośpię do szesnastej i pojadę na spotkanie" -- mamrotał pod nosem próbując zasnąć. Jednak chęć jeżdżenia była silniejsza. Roch do Świerklańca pojechał przez lotnisko, czyli przejechał jakieś dwadzieścia kilometrów zamiast dwunastu, ale musiał nakarmić rowerowego głoda. Nogi nie bolały, tyłek też nie, a jeździć się chciało. Po wspólnej kawie, Roch i Koyot pojechali do Szwejka, na dobre piwo, bo przecież nowy rower trzeba oblać.

Oczywiście nie pojechali najkrótszą drogą, ale znowu nadłożyli kilometrów. W dodatku prędkość nie spadała poniżej 30km/h. W siedemnaście minut przejechali spory dystans, a Roch nie czuł zmęczenia chociaż licznik zaczynał pokazywać 35 kilometrów. A miało być tylko rozciąganie mięśni po długim dystansie. Koniec końców Roch zamknął się w 40 kilometrach, a weekend zakończył się z wynikiem 140 kilometrów. Roch nie pamięta już kiedy na blogu pojawiła się taka liczba.

Dziś pogoda przysiadła, w Katowicach pochmurno, a zaprzyjaźnione wiewiórki donoszą, że w okolicach Rocha pada deszcz. Czyli dopiero dziś będzie regeneracja, a szkoda, bo Roch ponownie wpadł w rowerowy ciąg i dziś też chciał zrobić jakieś 40 kilometrów. (Nowy) Rower uzależnia, ale to jeden z nielicznych nałogów, z których nie trzeba się leczyć.

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 17 września 2011

Lubliniec zdobyty!

Śniadanie mistrzaŻeby notka była składna Roch opisze wszystko łącznie z pierwszymi chwilami po przebudzeniu się. Plan był prosty, szybko coś zjeść i jechać do Miasteczka Śląskiego. Był tam umówiony z Koyotem, z którym miał pedałować do Lublińca. W końcu! Na nowym rowerze Rochowi wróciła ochota na długie dystanse, a nie tylko  na krótkie przejażdżki. Po śniadaniu Roch ubrał się cieplej niż zazwyczaj, w końcu wczesnym rankiem nie było za ciepło i popedałował w stronę miejsca spotkania. Chłodno było, długie spodnie trochę ogrzewały nogi, ale w stopy było zimno. Siateczki w butach nie zawsze są dobre. W końcu dojechał do Miasteczka Śląskiego.

Cube LTDChwilę później dojechał Koyocik. Chwila rozmowy, delikatny odpoczynek i można jechać. Na początek Pniowiec i Nowa Wieś Tworoska. Plan był taki żeby znaleźć sławną drogę rowerową do Kokotka, a stamtąd Roch już sobie poradzi. W końcu był taki okres w jego życiu, że często jeździł do Lublińca, ale samochodem. Jednak ścieżki nie było, a jazda krajową jedenastką nie wchodziła w grę. Trzeba było zrobić objazd. Wyszło jakieś dwadzieścia kilometrów więcej. Kiedy mijali tablicę informującą że "Lubliniec 12 km" na licznikach było już 50 kilometrów (do Lublińca jest 30 kilometrów jadąc normalną drogą). Zostało jedyne dwanaście kilometrów do pełni szczęścia.

W końcu dojechali do Lublińca. Liczniki pokazały 60 kilometrów. Z Lublińca Roch wyciągnął Koyota do Kochcic mając nadzieję, że spotka tam kogoś, kogo bardzo chce spotkać, a ten ktoś nie chce za bardzo, ale -- oczywiście -- nie udało się. Taka karma. Ten manewr kosztował dodatkowe 15 kilometrów, ale Roch musiał spróbować. Musiał i już. Po powrocie do Lublińca trzeba było napić się kawy. Fajna miejscówka na rynku, parasolki, krzesełka jednym słowem Wersal.

Pora wracać. W końcu znalazła się ścieżka rowerowa, której cały czas szukali. Wybetonowana, równa nic tylko pedałować. Radość długo nie trwała, w Kokotku się skończyła. Pozostała tylko "krajowa jedenastka". Pierwszy zjazd w prawo i już prosto do domu. W drugą stronę wyszło trochę mniej, jakieś 30 - 40 kilometrów. Roch zamknął się w 98 kilometrach przejechanych ze średnią prędkością 24 km/h. Fajnie się jechało, nie było upalnie, nie było też zimno. Było w sam raz, podjazdów nie było za dużo, a jak już jakieś były to Rochowi nie przeszkadzały. Czasem zastanawia się, czy nowy rower nie pedałuje za niego, bo sam siebie nie poznaje.

Na koniec dwa dowody, że Roch faktycznie zdobył Lubliniec. Pierwszy to ślad GPS, a drugi to:

Lubliniec

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 11 września 2011

Pierwsza dłuższa trasa

Popołudniu nie dało się pojeździć więc Koyocik z Rochem spotkali się o 900 w Świerklańcu, który był startem do dłuższego pedałowania. Plan był prosty: objechać lotnisko, ale Roch wprowadził pewną modyfikację, która polegała na jeździe w przeciwną stronę. Bo takie ciągłe objeżdżanie lotniska od progu 09 do 27 przez Zendek i Zadzień jest nudne, a trasa Zadzień-Zendek, czyli odwrotnie jest mało monotonna. Pierwszy podjazd w Brynicy Roch zauważył dopiero jak widział go za plecami.

- "Coś jest nie tak, zawsze się męczyłem" -- Pomyślał Roch.

Następne dwa czekały na niego w Ożarowicach, też nie zrobiły na nim większego wrażenia, na górze Roch nie czuł zmęczenia, pulsometr ani jęknął na temat śmierci, Roch nawet nie zbliżył do granicy 198 uderzeń na minutę. Wychodziło na to, że wraz z nowym rowerem wróciła Rochowi chęć do jazdy. Całą trasę, czyli 60 kilometrów, Roch z Koyocikiem przejechali w 2 godz. 38 min, czyli całkiem nieźle, ale nie czas się liczył.

Roch do tej pory nie czuje zmęczenia i myśli żeby jeszcze wieczorem gdzieś pojechać. Ogólnie zmiana roweru była mu potrzebna, nawet Koyocik zauważył, że w końcu zmęczył się przy Rochu, czyli tempo było całkiem dobre. Geometria jest przecudna, ale o tym Roch już pisał, kolana mu się rozeszły i przestały go łapać skurcze. W końcu Roch nie zostaje w tyle na podjazdach, walczy i pedałuje coraz mocniej. Szkoda tylko, że to koniec lata, ale ostatnimi czasy Roch popełnia same nietrafione decyzje.

Tak, czy inaczej zmiany spowodowały powrót Rocha do świata rowerowego. Na zakończenie zapis śladu GPS pierwszego przejazdu: Pierwszy wypad na Cube LTD.

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 10 września 2011

Cube LTD by Roch

Powiało świeżością, Rochowi serce szybciej zabiło, podobnie jak przed tygodniem kiedy myślał, że znowu jest zakochany. Spocone dłonie, szybszy oddech i ten dreszczyk emocji. Coś ściskało mu żołądek, zaczynał się nowy etap w życiu. W końcu po dwóch godzinach Roch cieszył się nowym rowerem, całkiem nowym, fajnym i przeładnym. Dzięki zaprzyjaźnionemu Adventrue Roch ma nowy rower. Całe to składanie roweru jest lepsze od zakochania, bo przynajmniej wie się co jest na końcu i czego można się spodziewać. Jednak efekt końcowy przeszedł najśmielsze oczekiwania i Roch zwyczajnie był zaskoczony.

Shimano XTRW tym wydarzeniu towarzyszył mu Koyocik, największy Przyjaciel i towarzysz rowerowy. Po złożeniu roweru nadszedł czas ważenia. Wynik, który osiągnął Roch to 12,9 kg z ciężkimi kołami i oponami. Amortyzator też swoje waży, ale jego Roch nie będzie wymieniał. Wrażenia z jazdy niesamowite; po pierwsze fajniejsza geometria, rama jest dłuższa niż poprzednia, korba spowodowała, że Rochowi "rozeszły" się nogi i w końcu kolana są w jednej linii ze stopami. Napęd jest stary, ale wyczyszczony i działa o niebo lepiej. Nowe linki i pancerze spowodowały, że wszystko działa doskonale. Nowa przerzutka Shimano XTR dodaje rowerowi kultowości i powoduje, że zmiana przełożeń jest prawie niezauważalna.

Dzisiaj tylko jazda testowa, oblot i regulacja wysokości sztycy, położenia siodełka. Wszystko już ustawione, dokręcone i wyregulowane. Tylko siadać i jeździć. Pierwsza jazda odbędzie się jutro rano, oczywiście z Koyocikiem. Trasa nieznana, ale na pewno na nowym rowerze i z takim towarzyszem będzie to sama przyjemność. Na koniec obowiązkowe zdjęcie:

Cube LTD

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Podziękowania za motywację do złożenia roweru należą się zaprzyjaźnionemu Adventure i Koyotowi. To oni zadawali Rochowi kopniaki i dzięki temu ma teraz nowy rower.

środa, 7 września 2011

Wielkie przygotowania

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom Roch nie wytrzyma do przyszłego sezonu. Obecnie trwają przygotowania do przełożenia części ze starego roweru do nowego. Wszystko powinno być; korba jest, przednia przerzutka jest, naprawiony suport jest. Reszta części powinna pasować, jedynie co trzeba będzie wymienić to pancerze, bo długość na pewno nie będzie pasowała. Nie pozostaje nic innego jak tylko pojechać do zaprzyjaźnionego Adventure i przełożyć części.

Prawdopodobnie nastąpi to w najbliższą sobotę, tak żeby w niedzielę rower był gotowy i można było odbyć inaugurację z Koyotem. Roch nie wytrzymał, stojąca obok biurka rama nie dawała mu spokoju, a w dodatku Koyot miał wszystko, czego Roch potrzebował. Pora w końcu założyć rower, nie po to Roch zbierał na ramę, żeby teraz stała owinięta w szmatki. Nie wiadomo, czy lakier z niej nie zszedł, ale w sobotę wszystko będzie wiadome.

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 3 września 2011

Pedałowanie i kompletowanie części

Shimano XTAkcja "Roch składa rower" trwa w najlepsze; na pierwszy ogień poszła wspominana już korba. Roch odebrał ją w Świerklańcu i musiał ją jakoś dowieźć do domu. Do plecaka nie mieściła się, więc burza mózgów spowodowała to, że korba jechała na Rochowych plecach. Na szczęście nie spadła, nie zgubiła się i Roch może ogłosić, że pierwszy element do nowego roweru już jest. I Roch miał już przekładać części, ale wykoncypował, że przednia przerzutka ni jak nie jest kompatybilna z nową ramą. Przecież średnica jest inna. Kolejny element, który trzeba kupić. Na szczęście był Koyocik i jego przepastny magazyn części rowerowych.

Shimano XTKoyot, poza tym, że jest najlepszym Przyjacielem Rocha, jest też dla niego takim starszym bratem; z tą różnicą, że zamiast butów po starszym bracie Roch dziedziczy części do roweru, które są w stanie sklepowym, prawie jakby nie używane. Koyotowi należą się ukłony za to, że jego cykloza jest większa niż Rocha. Przednia przerzutka też już jest kupiona i to chyba koniec elementów, które nie pasowałby do nowego roweru. Teraz tylko znaleźć jakiś deszczowy weekend, ładnie uśmiechnąć się do zaprzyjaźnionego Adventure i przełożyć resztę części do nowej ramy. Jeśli wszystko dobrze pójdzie i nie będzie dalszych niekompatybilności to rower jeszcze w tym roku ujrzy światło dzienne. Przez zimę będzie solidna motywacja żeby schudnąć. W końcu nowa rama jest podwójnie cieniowana, a Roch potrójnie pogrubiony. Będzie musiał to zmienić.

Dziś Roch pokręcił trochę po okolicy, ale samotna jazda to już nie jest to co Roch lubi szczególnie; żeby jeszcze miał jakąś muzykę to byłoby co innego, a tak skrzypiący łańcuch skutecznie obrzydzał Rochowi pedałowanie. Po jakiejś godzinie wrócił do domu. Po opublikowaniu notki Roch położy się spać, trzeba odespać cały tydzień. Tak więc wszelkie komentarze piszcie cicho, żeby Rocha nie obudzić.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Leniwa niedziela

W końcu zrobiło się ciepło, czyli w okolicach 20°C, a nie jak dotychczas 30 i więcej. Kiedy Roch wyszedł na zewnątrz to pierwsze co chciał zrobić to wrócić po jakąś cieplejszą bluzę, bo było mu zimno, ale po chwili organizm Rocha skalibrował się uznał, że temperatura jest całkiem w porządku i można śmiało pojeździć. Początkowo celem były jakieś krzaczaste tereny, ale ostatecznie Roch skomunikował się z towarzyszem od pedałowania i wspólnie pojechali pooglądać pociągi.

Zresztą dziś był dzień regeneracyjny więc jakieś dłuższe wypady nie były wskazane, a na ławeczce w Miasteczku Śląskim Roch relaksował się oglądając pociągi, a trafił się nawet jakiś TLK, który tylko przeleciał przez stację. Potem zabrał się do domu i sprawdził, za pomocą GPS, ile to przejechało mu się kilometrów i wyszło mu, że całe 30, a nawet nie poczuł tego w nogach. To chyba pierwszy znak, że kondycja wraca. Na dniach Roch kupi korbę do nowego roweru i przerzuci resztę części i może uda się jeszcze w tym sezonie pojeździć na nowym rowerze.

Na zakończenie film i wszyscy kibicujemy Mai:

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 27 sierpnia 2011

Ufff jak gorąco!

Od tygodnia Roch przeżywa istne męczarnie, temperatura nie chce zejść poniżej 25°C i Roch nie potrafi normalnie funkcjonować. Klimatyzacja w pracy nie wyrabia, w piątek już zaczęła strajk ostrzegawczy niczym kolejarze z Przewozów Regionalnych. Stan Rocha najlepiej odda fragment wiersza J. Tuwima:
"Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie(...)"
Wczoraj wieczorem topił smutki w kawie, wracał już prawie po zmroku i nie miał już ochoty na pisanie notki. Niby słońca nie było, a wystarczyło zatrzymać się i już robiło strasznie gorąco. Dzisiaj natomiast Roch postanowił, że pojedzie na lotnisko. Upał jest dalej, ale wiatr trochę pomaga i wydaje się, że jest chłodniej. Na lotnisku pustki, samolotom też chyba jest gorąco. Jedynie Ryanair odważył się wystartować.

Po powrocie do domu Roch zaczął zajadać się lodami. Jak nie może schłodzić się od zewnątrz to przynajmniej w Rochu będzie zimno. Jutro niedziela, według prognoz ma być o dziesięć stopni mniej, a to już jest bardzo dobrze. Na koniec ślad GPS: Lotnisko i odważny rodzynek:

Boeing 737-8AS

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Boli, piecze i szczypie

W końcu Roch porwał się na dłuższy wypad; dłuższy, czyli taki powyżej dwudziestu kilometrów. Motywacją było nowe towarzystwo, które do wspólnego pedałowania zaprosił Koyocik. Motywacja była silna ponieważ towarzystwo było płci przeciwnej, czyli Roch nie mógł wyjść na mięczaka i choć pulsometr co chwilę mu przypominał, że to już nie pora na szaleństwa, to Roch zagryzał wargi i parł do przodu. Celem było lotnisko i dookoła lotniska. Pod każdą górkę Koyot wyrywał, a Roch nie chciał zostawać w tyle, w końcu budził się w nim samczy pierwiastek alfa.

W połowie drogi nadszedł kryzys, ale jedna z towarzyszek mocno naciskała na pedały i Rochowi nie wypadało zostać w tyle. Co chwilę spoglądał w niebo, że niby obserwuje samoloty, a tak naprawdę odchylał głowę żeby tętnice były w stanie doprowadzić krew i tlen do mózgu. Inaczej Roch dawno by zemdlał. Po pierwszym postoju dał o sobie znać tyłek. Bolał, palił i piekł jakby ta część Rocha zeszła do piekielnych czeluści, ale Roch zagryzł wargi i usiadł na siodełko. Przez chwilę myślał, że siedzi na sztycy, a siodełko zostało w domu, ale w końcu przeszło.

Dojechali do Świerklańca, gdzie nastąpił drugi postój. Roch myślał, że siedzi na krześle odwróconym do górny nogami, ale mylił się, Tyłek bolał jakby Roch siedział na jądrze Ziemi. Kawa tylko pobudziła Rocha i ciało chciało, ale nogi już nie mogły. Od Świerklańca do Tarnowskich Gór Roch jechał na stojąco, siedzenie powodowało ból, stanie zresztą też, ale to tylko dwanaście ostatnich kilometrów. Towarzyszki chyba też zaliczyły kryzys co Rochowi było na rękę.

Tarnowskie Góry. Roch widział już miękkie krzesło, zimną butelkę wody, na której siedzi i komputer, ale nie. Jeszcze tu, jeszcze tam. Roch zagryza wargi. Bolą wargi, nogi i tyłek. Najważniejsze, że do domu ma mniej więcej taką samą drogę z każdego punktu. Kierunek jazdy dobry. W końcu pożegnanie, podziękowanie i zapowiedź, że to nie był koniec. Roch jedzie sam, na stojąco, dobrze, że ma z górki to pedałować nie musi. Wargi odpoczywają. W końcu dom, jeszcze tylko wnieść rower na czwarte piętro i można siadać.

Wszystko boli, piecze i szczypie, ale warto było, bo w końcu nowe znajomości rowerowe, choć Rochowi włączyła się aspołeczność, ale Roch pociesza się, że "I’m not antisocial, I’m just not user friendly.". Może, a wręcz na pewno, przy następnym rowerowaniu Roch pokaże, że zna więcej wyrazów niż tylko "boli mnie tyłek" lub "bolą mnie nogi". Na zakończenie katorżnicza trasa w postaci śladu GPS: Dookoła lotniska.

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 20 sierpnia 2011

Rozgrzewka przed dłuższym wypadem

I jest długo wyczekiwana sobota; Roch umysłowo odpoczywa od tych wszystkich ramek, modbusów, crc z którymi na co dzień ma do czynienia. Mentalnie Roch nastawiał się na wypad do Lublińca, o którym pisał tu, tu, tu, tu i jeszcze tu. Jednak Koyocik miał inny plan; dziś rekreacyjna jazda, a jutro ostateczny atak na legendarny Lubliniec, o którym Roch pisze i pisze. Rochowi nawet to odpowiadało, bo dziś odpocznie i przygotuje się do jutrzejszego wysiłku, który niechybnie go czeka, ale pogoda ma dopisać wiec jakoś to będzie, oby tylko było z górki.

Skoro dziś była rekreacja to punktami na trasie były miejsca, w których można było wypić kawę, posiedzieć i pogadać o różnych rzeczach. W końcu wyszło na to, że Roch to mściwa bestia albowiem jedzie do Lublińca nie tylko dla przyjemności, ale też dla własnych interesów, żeby komuś zrobić na złość i pokazać, co straciła. Konkluzja całej tej rozmowy była następująca: "nie możesz być cyniczny, musisz się jeszcze rozmnożyć" i coś w tym jest.

Jutro zatem, o ile pogoda dopisze, wielki dzień -- Roch jedzie do Lublińca, albo w innym, alternatywnym, kierunku ponieważ Koyot przygotowuje trasę w kierunku Siewierza, a dodatkowo zobowiązał się do zorganizowania żeńskiego dopingu, który umilałby i uatrakcyjniał wypad.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Dzisiejszy ślad GPS: Sobotnia rekreacja.

piątek, 19 sierpnia 2011

Roch kupuje rower. Część czwarta. Ostatnia.

Od ostatniej części cyklu "Roch kupuje rower" minęło trochę czasu, ale w końcu oficjalnie jest on zakończony. Przynajmniej jeśli chodzi o zakup ramy, bo przed Rochem jeszcze trochę wydatków, ale to za czas jakiś, najpewniej wtedy kiedy spadnie śnieg, czyli koło grudnia. Wczoraj był telefon z zaprzyjaźnionego Adventure, że rama jest. Kiedy Roch przyjechał mógł otworzyć karton i był pierwszą osobom, nie licząc pakowacza, który dotykał swoją ramę. Nikt przed nim nie otworzył kartonu, nikt nie dotykał jego ramy. Był to jeden z tych momentów kiedy słowo "dziewica" nabierało magicznego znaczenia.

Jednak żeby mieć ramę "na już" musiał odkręcić to, co na ramie wisiało, bo nie było mu to potrzebne. Trochę zeszło, ale w końcu w ramie zostały stery i sztyca i taką też Roch powiesił na wadze, która pokazała 1,73 kg co dobrze wróży ponieważ Roch chce mieć lekki rowerek do cross country. W domu zrobił parę testowych zdjęć, oczyścił ramę ze smaru i położył na honorowym miejscu. Dziś będzie musiał ją gdzieś schować, bo trzy miesiące z ramą na łóżku nie będą należały do najprzyjemniejszych. Najważniejsze, że jest, a to, że Rocha odrobinę zaskoczyła cena to inna sprawa. W końcu zarabia to może spełniać swoje mniejsze i większe zachcianki.

Cube LTD

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Świąteczna przejażdżka

Trzeci dzień byczenia się; na szczęście to już ostatni wolny dzień i od jutra znowu będzie działo się trochę więcej niż w takie przedłużone weekendy. Chcąc wykorzystać ten ostatni dzień Roch wskoczył na rower i przewiózł się rekreacyjnie po okolicy. Po wczorajszych i przedwczorajszych wojażach dziś Roch chciał jedynie poczuć wiatr we włosach niekoniecznie męcząc się przy tym.

Jakiegoś konkretnego celu Roch nie miał, objechał dookoła okolicę, wyszło mu jakieś dziewięć kilometrów (według GPS) i wrócił do domu. Zbyt parno jak dla Rocha, poza tym nie było nic do picia, bo Roch nie zabrał plecaka. W końcu miała to być lekka przejażdżka, a nie jakieś "wielkie" pedałowanie. Na zakończenie zapis śladu z przejażdżki: Świąteczna przejażdżka.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Lekkie XC

Normalnie niedziela jest ostatnim wolnym dniem, ale tak się akurat złożyło, że ta jest półmetkiem długiego weekendu i Roch postanowił to wykorzystać. Pojechał na Dolomity, żeby trochę pojeździć po krzakach, a że jeździł sam to był sobie panem. Te rejony zna lepiej niż własną kieszeń, ale to co zobaczył przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Jakieś schody, jakieś ścieżki, jakieś drogowskazy w końcu jakieś ławki i jakieś punkty widokowe. W ostatni bastion swobodnego pedałowania wdarła się cywilizacja ze swoimi "udogodnieniami". Ścieżki, kiedyś pokryte błotem i gliną, wysypane zostały jakimś żwirem, w dodatku zostały ubite żeby lepiej się po tym chodziło.

Pora umierać, bo nie ma już gdzie jeździć; ostatnie miejsce, w którym można było rozpędzić się z górki i nie liczyć się z tym, że ktoś na końcu będzie robił zdjęcie kwiatka albo zostawi rower na środku zjazdu, a sam będzie palił papierosa zostało ucywilizowane. Żeby nie publiczny charakter bloga Roch wyraziłby swoje zdanie w bardziej dobitny sposób, ale nie wypada pisać, że to zwykłe sk***o. Jutro Roch pojedzie sprawdzić co zmieniło się na Suchej Górze, ale to już nie są Tarnowskie Góry, więc nie liczy się. Wypad udany, o ile można uznać, że jazda po prawie wyasfaltowanej drodze to cross country. Ślad z dzisiejszego rowerowania: Dolomity (i nie tylko).

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 13 sierpnia 2011

Prawie udany wypad do Lublińca

- "Będzie lało" -- pomyślał Roch jadąc na umówione spotkanie z Koyocikiem.

I od tego wszystko się zaczęło. Plan na sobotę był prosty -- dojechać do Lublińca, ale od początku Roch krakał, że będzie burza. Z Miasteczka Śląskiego, gdzie był umówiony z Koyotem pojechali lasem w kierunku Pniowca, aby stamtąd uderzyć do Tworoga i tam zacząć się martwić jak jechać dalej, ale Roch nie mógł wytrzymać bez gadania.

- "O tam" -- pokazywał palcem Roch na chmurę -- "będzie lało, widzisz jaka chmura" -- kontynuował.
- "Nie będzie, a najwyżej nas zmoczy" -- uspokajał Koyot.

Ujechali kawałek, a Roch dalej swoje.

- "A tam to już w ogóle, patrz jak granatowo, zmoczy nas" -- Utyskiwał na trudy jazdy w urojonym deszczu.
- "Bokiem przejdzie" -- Odpierał Koyot.
- "Ale to już bokiem nie przejdzie, będzie padać" -- Nie poddawał się Roch.

I w takiej atmosferze dojechali do Pniowca. Na miejscu zaczęło lekko kropić, ale Roch nawet chciał dalej jechać, jednak po chwili zagrzmiało i to spowodowało wylanie się z Rocha strachu.

- "O zagrzmiało, że nie dość, że nas zmoczy, to jeszcze zabije" -- narzekał Roch.

W końcu zamiast zaatakować Lubliniec zaatakowali Tarnowskie Góry i "U Szwejka" żeby przeczekać. Faktem jest, że grzmiało, a nawet padało, ale nie było jakiegoś gigantycznego oberwania chmury, a i nikogo nie zabiło. W końcu przyszedł solidniejszy opad, zmoczyło Rocha, Koyocik przeczekał i popedałował w swoją stronę.

Tradycyjnie już wypad nie doszedł do skutku przez zbytnią bojaźń Rocha, który w lekkim deszczu widzi ulewę, a w jednym grzmocie koniec swojego żywota. Następnym razem się uda. Na zakończenie zapis szczątkowej trasy: Prawie Lubliniec.

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 12 sierpnia 2011

Roch kupuje rower. Część trzecia. Nie ostatnia.

Zgodnie z obietnicą Roch relacjonuje dzisiejszą wizytę w zaprzyjaźnionym Adventure. Ostatnie ustalenia były takie, że pod koniec tygodnia rama ma przyjechać, a dziś mamy "pod koniec tygodnia" o czym Roch przekonał się wychodząc o 1500 z pracy i widząc pusty parking. Jednak rama nie dojechała, a że przed nami długi weekend to rama dopiero przyjedzie we wtorek, a jak nie będzie jej to chłopaki ze sklepu zrobią dystrybutorowi haje (link dla goroli).


Tak więc Roch czeka do wtorku lub środy i wtedy jedzie do zaprzyjaźnionego Adventure po swój rowerek. Dziś stał tam Cube LTD Comp, ale biały i Roch przekonał się na własne oczy, że wybór którego dokonał jest słuszny i jedyny. Anodized Black jednak musi wyglądać przewypaśnie, o czym Roch ma nadzieję przekonać się już wkrótce. Na koniec wideo z "Rowerowej tuby", która od jakiegoś czasu straszy w bocznym pasku bloga.


Roch pozdrawia Czytelników.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Roch kupuje rower. Część druga. Nie ostatnia.

Od ostatniej wizyty w zaprzyjaźnionym Adventure minęło trochę czasu, a telefonicznie Roch dowiedział się, że rama będzie na początku przyszłego, czyli obecnego, tygodnia. Chciał już jechać wczoraj do chłopaków, ale pomyślał, że trzeba im dać czas i podjechał dzisiaj. Co prawda ramy nie ma, ale za to Roch wie co przyjedzie; dokładnie to będzie Cube LTD Pro w kolorze Anodized Black, czyli taki jaki Roch chciał. Do kompletu dostanie stery i może uda się wynegocjować sztycę.

Poza tym Rochowi dostała się premia, od samego prezesa, za "rzetelną realizację projektu", a więc rama w pewnym zakresie (to jeszcze nie ten poziom, że za premię Roch kupi cały rower) zamortyzuje się, a Roch odczuje zakup lżej niż pierwotnie planował. Jednak najbardziej liczy się to, że Roch został dostrzeżony, a to dobrze wróży na przyszłość.

O dalszych losach Rochowego roweru będzie na bieżąco.

Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Blog wkracza w XXI wiek

Nie od dziś wiadomo, że człowiek nie istnieje jeśli nie ma konta Facebooku. Roch długo się wzbraniał przed mechanizacją w domu i zagrodzie aż w końcu podjął ryzyko i zrobił fan page bloga, który od jakiegoś czasu przyszło mu prowadzić. Póki co to wersja beta (i pewnie taką zostanie) dopóki Roch w jakiś sposób nie ogarnie tych wszystkich przycisków, opcji i innych pierdolników.

Teraz pozostanie wygenerować jakieś sprzężenie pomiędzy facebookiem, a blogiem żeby posty automagicznie pojawiały się na ścianie. Jeśli zaś chodzi o prywatność to Roch nie zbiera żadnych danych, jeśli cokolwiek jest kolekcjonowane to robi to Facebook, a Roch woli jeździć na rowerze niż patrzeć kto go lubi. I tego życzy wszystkim Czytelnikom.

Roch, z odcinka "XXI wiek", pozdrawia Czytelników.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Podglądanie pociągów

Dawno Roch nie oglądał pociągów i dziś akurat nadarzyła się ku temu okazja, bo nie było za bardzo gdzie jechać. Koyocik nie mógł pedałować popołudniu, a Rochowi nie pasowało rano. Do Miasteczka Śląskiego Roch pojechał z dawno nie widzianym towarzyszem, z którym kiedyś sporo czasu spędzał na lotnisku, bo w sumie tak się poznali. Na stacji ruch mały, kilka osobowych, kilka węglarek więc szału nie było. To tak jak WizzAir'y a lotnisku. Jednak rower się odbył i jutro w pracy Roch będzie opowiadał, z podnieceniem w głosie, ile to kilometrów przejechał.

Teraz kolej na burzę, która właśnie nadchodzi w okolice Rocha, ale to było do przewidzenia ponieważ od wczoraj jest duszno i zanosiło się na deszcz. I niech pada, przynajmniej powietrze będzie rześkie. Od jutra kolejny pracowity tydzień, ale ten lepszy bowiem Roch będzie miał okazje zamienić kilka słów z blondyneczką, którą poznał w Lidlu przy okazji kupowania śniadania. Tak więc Roch nie może doczekać się poniedziałku podwójnie, ale na wszystko będzie czas.

Na zakończenie zapis śladu GPS: Miasteczko Śląskie -- stacja PKP.

Roch pozdrawia Czytelników.

Kolejne zaległości

Nie jest tak, że Rochowi nie chce się już prowadzić bloga i nie jest też tak, że Rochowi nie chce jeździć się na rowerze; obie te czynności Roch wykonuje z dziką pasją tak, jakby robił to po raz pierwszy, ale nie zawsze wystarcza czasu na napisanie notki po tym jak Roch wróci z roweru. Tak też było wczoraj. Na początku Roch jeździł sam, objechał Chechło, pooglądał co nieco i pojechał do Świerklańca. Tam trochę pojeździł i wrócił do domu, bo samemu jeździ się nie fajnie. I już miał zabierać się za blog, ale zadzwonił Koyocik z propozycją sobotniej kawy w Świerklańcu.

Roch ochoczo przystał na propozycję i ponownie pojechał w kierunku Świerklańca. Wszystko to odbywało się w późnych godzinach i po powrocie Roch nie miał już ani czasu ani ochoty na włączanie komputera. W drodze powrotnej postraszył go jeszcze deszcz, więc Roch podwoił prędkość i tym samym zmęczył się też dwukrotnie. Sobota, wbrew zapowiedziom szamanów od pogody, była (za)ciepła i pogodna, choć parna i duszna, ale póki się pedałuje póty wiatr chłodzi.

Cykl "Roch kupuje ramę" trwa dalej, ale już widać światełko w tunelu. Rower ma przyjechać na początku przyszłego tygodnia i wtedy Roch pozna cenę swojego kaprysu. Doszło też do tego, że Roch z ramą weźmie korbę bo i tak musi przez zimę wymienić napęd. Jednak ta zachcianka będzie na kredyt, bo Roch nie chce wyczyścić konta, a we wrześniu będzie kolejny zastrzyk gotówki.

I na koniec pora pochwalić naszych dzielnych "tourowców". Jeśli idzie ucieczka to zawsze jest jakiś polak, który z nią się zabiera, ale póki co nie ma mocnych na Petera Sagana, Marcela Kittela i ubiegłorocznego zwycięzcę Daniela Martina. Roch proponuje aby -- wzorem naszych "piłkarzy" -- dać im obywatelstwo polskie i niech jeżdżą dla polski.

Roch pozdrawia Czytelników.

niedziela, 31 lipca 2011

68. Tour de Pologne wystartował!

Z racji tego, że pogoda nie pozawala amatorom jeździć na rowerze Roch leżał przed telewizorem i oglądał zawodowców, którzy rozpoczęli zmagania w Tour de Pologne. Dziś rozgrzewka, jedyne 101 kilometrów z Pruszkowa do Warszawy. Dla kolarzy to tylko prolog, większość pewnie na ostatniej pętli poczuła, że w ogóle pedałuje. Jeśli pogoda dalej będzie taka jaka jest to Rochowi pozostanie oglądanie kolarstwa w TV, a przecież są jeszcze wakacje i można czynnie pojeździć na rowerze.

W planach nadal jest kierunek Lubliniec, o czym Koyocik przypomniał dziś Rochowi. Jednak do tego potrzeba jednego dnia pogodnego, bezdeszczowego i w miarę słonecznego. W tym tygodniu jeszcze zapowiada się akcja "Roch kupuje ramę" i w końcu pozna jej kolor. O wszystkim Roch będzie informował na bieżąco, o ile będzie jakiś Cube dostępny (i za rozsądne pieniądze).

Roch pozdrawia Czytelników.

sobota, 30 lipca 2011

Czy to już jesień?

Cały tydzień lało, było pochmurno i zimno; takie objawy daje tylko jesień, ale przecież mamy jeszcze lipiec i powinno być w miarę ciepło (za ciepło też jest źle). Skoro nadszedł już weekend to Roch postanowił, że mimo pogody pod psem pójdzie trochę pojeździć na rowerze, w końcu ten rower ma jeszcze tylko parę tygodni, a potem zmiana ramy i całkiem nowiutki rowerek, ale po kolei. Rano Roch pojechał do zaprzyjaźnionego Adventure żeby zamówić ramę, bo przecież były dostępne "od ręki". Okazało się, że już nie ma, bo się rowery sprzedały, ale w poniedziałek chłopaki sprawdzą co jest i co można kupić, a może nawet coś przywiozą. Wychodzi na to, że kolor roweru będzie niespodzianką nawet dla Rocha.

Po obiedzie Roch poszedł przewieźć się kilka kilometrów. Dojechał do Świerklańca i wrócił leśnymi ścieżkami. W krótkich spodenkach nie było za ciepło, ale póki Roch pedałował, póty "centralne ogrzewanie" działało. Najgorzej było w momencie postoju dlatego Roch ich unikał. W końcu dojechał do domu i tak zakończyła się rowerowa sobota. Trzeba liczyć na to, że niedziela będzie ładniejsza i dzięki temu bardziej rowerowa.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Jaskółki odpoczywały: flickr.

niedziela, 24 lipca 2011

A po rowerze czas na deszcz

Wczoraj było ładnie, chciało się jeździć i było z kim uprawiać rower, a dziś jest brzydko i choć było by z kim jeździć to nie ma jak, bo co chwilę z nieba spada deszcz. Nawet gdyby przestało padać to i tak asfalt byłby mokry i też nie dałby się jeździć (niby dla chcącego nic trudnego, ale Roch jest niechcący). Pozostaje więc siedzieć w domu i przeglądać serwis aukcyjny w poszukiwaniu tego, co do nowej ramy by się założyło korzystając z zimowej przerwy, tak aby w sezonie 2012 wyjechać na całkiem lanserskiej maszynce.

Jutro początek nowego tygodnia i rower znowu będzie miał odpoczynek, a Roch będzie musiał chciał iść do pracy żeby móc realizować swoje zachcianki. Teraz ma się fajnie, bo na biurku leży mu jakiś sterownik i cały czas mruga diodami więc jest kolorowo i żywo. Trzeba jeszcze podjechać do zaprzyjaźnionego Adeventure po niebieskie śrubki, które zostaną wkręcone w piasty i nadadzą smaczku rowerowi.

Roch pozdrawia Czytelników.