Rowerowy czwartek

Druga notka tego dnia, ale Roch postanowił nie zaburzać więcej czasoprzestrzeni i spróbować uzupełniać blog tego samego dnia. Tak będzie mniej zamieszania, a i więcej czasu na pracę w pracy. Powrót z Katowic odbył się sprawnie i już o 1600 ciało Rocha siedziało nad talerzem, a umysł był ho ho daleko na rowerze. Szybko zjadł i poszedł jeździć, bo pogoda wciąż przypomina polską złotą jesień. Dnia nie starcza na dłuższe pedałowanie, ale do Miasteczka Śląskiego popatrzeć na pociągi Roch jeszcze dojeżdża za dnia.

Jutro jeszcze Roch posiedzi nad delegatami i od 1500 myśli tylko o rowerze i wypadzie na lotnisko. Być może uda się zrobić więcej zdjęć niż ostatnio. Poza tym z mgły wyłaniają się kolejne plany na dłuższe pedałowanie. Na pewno będzie to niedziela, bo wtedy Koyot jest osiągalny, ale jak zsynchronizować się? Tego jeszcze Roch nie wymyślił, ale do niedzieli długa droga, a jak wiadomo \”myślał indyk o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli\”.

Według pogodowych szamanów ma być ładnie. Nawet bardzo ładnie. Nie pozostaje nic innego jak nasmarować łańcuch, nalać wody do plecaka i można ruszać. Nowy rower ma przejechane już 400 kilometrów, a dziś Roch zauważył że Bomberek złapał jakiś dziwny luz. Jutro trzeba jechać do zaprzyjaźnionego Adventure, żeby fachowcy zobaczyli co mu dolega.

Śladu GPS nie ma, kierunek Miasteczko Śląskie jest również oklepany.

Roch pozdrawia Czytelników.

Rowerowa środa

Po wtorkowej regeneracji Roch ponownie usiadł na siodełku. Chce do maksimum wykorzystać świetną pogodę, której będzie, niestety, coraz mniej. Póki co jest doskonale; nie za ciepło, nie za zimno (chyba, że wraca się po zmroku), nie ma deszczu (nie licząc nocnych ulew), słoneczko przyświeca i chce się jeździć. Rower sprawuje się doskonale, nic nie zgrzyta, nic nie puka. Jedynie smarować łańcuch i jeździć. Wczorajszy wypad zakończył się w Świerklańcu, bo na dalsze trasy dnia brakuje, ale są weekendy.

Jeden z nich zbliża się wielkimi krokami i Roch już snuje plany gdzie pojedzie. Na pewno jeden dzień zostawi sobie na lotnisko, może będzie więcej okazji do zrobienia zdjęć niż ostatnio, a może znowu pojedzie na stację żeby mieć kolejnego TLK. W sobotę klaruje się wypad na wioski, masa podjazdów, zabójczy Kamieniec, ale trzeba sprawdzić rower w każdych warunkach. Drugie śniadanie powoli Roch kończy, pora wracać do delegatów choć tydzień ma się ku końcowi i wydajność Rocha lekko spada. Śladu GPS nie ma, Świerklaniec to oklepany kierunek.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Notka oczywiście za środę, teraz Roch siedzi na wygodnym fotelu, choć wolałby niewygodne i twarde siodełko swojego ulubionego pojazdu.

Początek tygodnia na rowerze

Co prawda notka odnosi się do poniedziałku, czyli do wczoraj, ale skoro Roch pedałował na rowerze to należy się stosowny wpis na blogu. Siłą rozpędu sobotniego i niedzielnego wypadu Roch postanowił, że i poniedziałek będzie rowerowy ponieważ jak rozpoczynać tydzień, na rowerze, to z przytupem. Dużo kilometrów Roch nie przejechał, bo zaczął jeździć o 1700, ale \”standardową\” trasę na stację kolejową w Miasteczku Śląskim zaliczył. Kilka pociągów przejechało i Roch wrócił do domu.

W wypadzie tym towarzyszył mu zaprzyjaźniony towarzysz rowerowy, z którym czasem ogląda też samoloty. W drodze powrotnej przydarzyła się przebita dętka, ale dziurka była na tyle mała, że jeden pit-stop, na uzupełnienie powietrza, wystarczył. Dobrze, że Roch wozi z sobą pompkę, bo inaczej albo wóz serwisowy albo marsz z buta. Dziś Roch regeneruje się, pogoda w dalszym ciągu zacna, taka prawdziwa złota jesień i jutro Roch rozpoczyna popołudnie od godzinnego roweru. Dla zdrowotności.

Powstał zapis GPS z wczorajszego wypadu: Miasteczko Śląskie.

Roch pozdrawia Czytelników.

W pogoni za TLK

Ostatni dzień kiedy można dłużej pojeździć na rowerze; jutro Roch też pojeździ, ale zdecydowanie krócej, bo dnia jest coraz mniej. Korzystając z \”ostatniego dnia wolności\” Roch pojechał na lotnisko, ale to akurat nie był jego podstawowy cel. Na lotnisku trochę ruchu było, ale jego stała miejscówka — ta na podkładach — została zajęta i musiał stać w oczekiwaniu na jakiś start. Celem jednak było inne miejsce, a lotnisko to taki produkt uboczny, który dostarczył Rochowi przyjemności, ale nie do końca takiej na jaką czekał.

Celem była stacja PKP w Miasteczku Śląskim. Od jakiegoś czasu Roch obserwował przejeżdżającego przez nią TLK, co w rejonie Tarnowskich Gór i Miasteczka Śląskiego jest rzadkością. Ów TLK jedzie z Katowic do Szczecina Głównego i Roch chciał mieć go w swojej kolekcji szczególnie, że przez stację przelatuje z prędkością około 100 km/h. Doznania dźwiękowe są niesamowite. Roch ustawił się na peronie i czekał. W końcu słychać szum, świst i jest. Pędzi bestia; EU07 z czterema wagonami. Roch wycelował i pstryk. TLK48101 ląduje na Flickr.

Wypad zamknął się w okolicach 45 kilometrów, ale na nowym rowerze jakoś tych kilometrów nie było czuć. Jutro początek tygodnia, może Rochowi uda się co nieco popedałować po pracy, o czym będzie informował. Ślad GPS dzisiejszego wypadu: EPKT & PKP spotting. I najważniejsze, TLK w pełnej krasie:

TLK48101

Roch pozdrawia Czytelników.

Prawie cały czas pod górkę

Z braku jakiś sensownych planów rowerowych Roch z Koyocikiem pojechali w kierunku Dobieszowic, a \”później zobaczy się\”. Na miejscu wybrali się w kierunku Rogoźnika, bo Roch tam jeszcze nie był. Na miejscu pojawiło się jakieś jeziorko, jakaś \”plaża\”, ale było już za zimno żeby na czymś zawiesić oko. Potem jechali pod górkę, przez dłuższy czas. Następnie gdzieś w lewo i znowu pod górkę. Gdyby Roch nie zapisywał śladu to teraz nie byłby w stanie odtworzyć trasy. Fajne jest to, że całkiem nowy kierunek i całkiem nowe widoki.

W każdej miejscowości było pod górkę; Roch już myślał, że niedługo złapie jakiś samolot za skrzydło, bo cały czas kręcili się w okolicach lotniska. W końcu po którymś podjeździe był zjazd. Tak długi, że w połowie Roch zaczął się nudzić. Długa prosta w dół, żadnych większych dziur, żadnych zakrętów. Prędkość w okolicach 50km/h i cały czas w dół. W końcu zjazd się skończył i znaleźli się w Mierzęcicach. Potem jeszcze tylko Ożarowice i już widać Świerklaniec. Szybka kawa i można wracać do domu.

Kilometrów udało się zrobić 60, co jest niezłym wynikiem. Na kolejną setkę brakuje już dnia, trzeba by zacząć pedałować rano, a nie zawsze można. Jednak dystans jest całkiem przyzwoity i Roch nie może doczekać się przyszłego sezonu, bo pełno jest kierunków, w których chciałby pojechać. Jednym z nich jest Góra Świętej Anny.

Dzisiejszy ślad GPS: Dobieszowice – Nowa Wieś – Mierzęcice.

Roch pozdrawia Czytelników.

Rozciąganie mięśni

O dziwo po sobotnim zdobywaniu Lublińca w niedzielę, czyli wczoraj, Rochowi nic nie dolegało, a nawet czuł się lepiej niż zawsze. Pogoda dopisywała, choć rano zapowiadało się na jakiś deszcz. Z biegiem dnia Rochowi chciało się jeździć, a z Koyotem był umówiony dopiero po 1600 bo niedziela to \”niedzielne obiady\” tylko u każdego o innej porze i ciężko jest się zsynchronizować.

\”Położę się spać\” — Pomyślał Roch — \”pośpię do szesnastej i pojadę na spotkanie\” — mamrotał pod nosem próbując zasnąć. Jednak chęć jeżdżenia była silniejsza. Roch do Świerklańca pojechał przez lotnisko, czyli przejechał jakieś dwadzieścia kilometrów zamiast dwunastu, ale musiał nakarmić rowerowego głoda. Nogi nie bolały, tyłek też nie, a jeździć się chciało. Po wspólnej kawie, Roch i Koyot pojechali do Szwejka, na dobre piwo, bo przecież nowy rower trzeba oblać.

Oczywiście nie pojechali najkrótszą drogą, ale znowu nadłożyli kilometrów. W dodatku prędkość nie spadała poniżej 30km/h. W siedemnaście minut przejechali spory dystans, a Roch nie czuł zmęczenia chociaż licznik zaczynał pokazywać 35 kilometrów. A miało być tylko rozciąganie mięśni po długim dystansie. Koniec końców Roch zamknął się w 40 kilometrach, a weekend zakończył się z wynikiem 140 kilometrów. Roch nie pamięta już kiedy na blogu pojawiła się taka liczba.

Dziś pogoda przysiadła, w Katowicach pochmurno, a zaprzyjaźnione wiewiórki donoszą, że w okolicach Rocha pada deszcz. Czyli dopiero dziś będzie regeneracja, a szkoda, bo Roch ponownie wpadł w rowerowy ciąg i dziś też chciał zrobić jakieś 40 kilometrów. (Nowy) Rower uzależnia, ale to jeden z nielicznych nałogów, z których nie trzeba się leczyć.

Roch pozdrawia Czytelników.

Lubliniec zdobyty!

Śniadanie mistrzaŻeby notka była składna Roch opisze wszystko łącznie z pierwszymi chwilami po przebudzeniu się. Plan był prosty, szybko coś zjeść i jechać do Miasteczka Śląskiego. Był tam umówiony z Koyotem, z którym miał pedałować do Lublińca. W końcu! Na nowym rowerze Rochowi wróciła ochota na długie dystanse, a nie tylko  na krótkie przejażdżki. Po śniadaniu Roch ubrał się cieplej niż zazwyczaj, w końcu wczesnym rankiem nie było za ciepło i popedałował w stronę miejsca spotkania. Chłodno było, długie spodnie trochę ogrzewały nogi, ale w stopy było zimno. Siateczki w butach nie zawsze są dobre. W końcu dojechał do Miasteczka Śląskiego.

Cube LTDChwilę później dojechał Koyocik. Chwila rozmowy, delikatny odpoczynek i można jechać. Na początek Pniowiec i Nowa Wieś Tworoska. Plan był taki żeby znaleźć sławną drogę rowerową do Kokotka, a stamtąd Roch już sobie poradzi. W końcu był taki okres w jego życiu, że często jeździł do Lublińca, ale samochodem. Jednak ścieżki nie było, a jazda krajową jedenastką nie wchodziła w grę. Trzeba było zrobić objazd. Wyszło jakieś dwadzieścia kilometrów więcej. Kiedy mijali tablicę informującą że \”Lubliniec 12 km\” na licznikach było już 50 kilometrów (do Lublińca jest 30 kilometrów jadąc normalną drogą). Zostało jedyne dwanaście kilometrów do pełni szczęścia.

W końcu dojechali do Lublińca. Liczniki pokazały 60 kilometrów. Z Lublińca Roch wyciągnął Koyota do Kochcic mając nadzieję, że spotka tam kogoś, kogo bardzo chce spotkać, a ten ktoś nie chce za bardzo, ale — oczywiście — nie udało się. Taka karma. Ten manewr kosztował dodatkowe 15 kilometrów, ale Roch musiał spróbować. Musiał i już. Po powrocie do Lublińca trzeba było napić się kawy. Fajna miejscówka na rynku, parasolki, krzesełka jednym słowem Wersal.

Pora wracać. W końcu znalazła się ścieżka rowerowa, której cały czas szukali. Wybetonowana, równa nic tylko pedałować. Radość długo nie trwała, w Kokotku się skończyła. Pozostała tylko \”krajowa jedenastka\”. Pierwszy zjazd w prawo i już prosto do domu. W drugą stronę wyszło trochę mniej, jakieś 30 – 40 kilometrów. Roch zamknął się w 98 kilometrach przejechanych ze średnią prędkością 24 km/h. Fajnie się jechało, nie było upalnie, nie było też zimno. Było w sam raz, podjazdów nie było za dużo, a jak już jakieś były to Rochowi nie przeszkadzały. Czasem zastanawia się, czy nowy rower nie pedałuje za niego, bo sam siebie nie poznaje.

Na koniec dwa dowody, że Roch faktycznie zdobył Lubliniec. Pierwszy to ślad GPS, a drugi to:

Lubliniec

Roch pozdrawia Czytelników.

Pierwsza dłuższa trasa

Popołudniu nie dało się pojeździć więc Koyocik z Rochem spotkali się o 900 w Świerklańcu, który był startem do dłuższego pedałowania. Plan był prosty: objechać lotnisko, ale Roch wprowadził pewną modyfikację, która polegała na jeździe w przeciwną stronę. Bo takie ciągłe objeżdżanie lotniska od progu 09 do 27 przez Zendek i Zadzień jest nudne, a trasa Zadzień-Zendek, czyli odwrotnie jest mało monotonna. Pierwszy podjazd w Brynicy Roch zauważył dopiero jak widział go za plecami.

\”Coś jest nie tak, zawsze się męczyłem\” — Pomyślał Roch.

Następne dwa czekały na niego w Ożarowicach, też nie zrobiły na nim większego wrażenia, na górze Roch nie czuł zmęczenia, pulsometr ani jęknął na temat śmierci, Roch nawet nie zbliżył do granicy 198 uderzeń na minutę. Wychodziło na to, że wraz z nowym rowerem wróciła Rochowi chęć do jazdy. Całą trasę, czyli 60 kilometrów, Roch z Koyocikiem przejechali w 2 godz. 38 min, czyli całkiem nieźle, ale nie czas się liczył.

Roch do tej pory nie czuje zmęczenia i myśli żeby jeszcze wieczorem gdzieś pojechać. Ogólnie zmiana roweru była mu potrzebna, nawet Koyocik zauważył, że w końcu zmęczył się przy Rochu, czyli tempo było całkiem dobre. Geometria jest przecudna, ale o tym Roch już pisał, kolana mu się rozeszły i przestały go łapać skurcze. W końcu Roch nie zostaje w tyle na podjazdach, walczy i pedałuje coraz mocniej. Szkoda tylko, że to koniec lata, ale ostatnimi czasy Roch popełnia same nietrafione decyzje.

Tak, czy inaczej zmiany spowodowały powrót Rocha do świata rowerowego. Na zakończenie zapis śladu GPS pierwszego przejazdu: Pierwszy wypad na Cube LTD.

Roch pozdrawia Czytelników.

Cube LTD by Roch

Powiało świeżością, Rochowi serce szybciej zabiło, podobnie jak przed tygodniem kiedy myślał, że znowu jest zakochany. Spocone dłonie, szybszy oddech i ten dreszczyk emocji. Coś ściskało mu żołądek, zaczynał się nowy etap w życiu. W końcu po dwóch godzinach Roch cieszył się nowym rowerem, całkiem nowym, fajnym i przeładnym. Dzięki zaprzyjaźnionemu Adventrue Roch ma nowy rower. Całe to składanie roweru jest lepsze od zakochania, bo przynajmniej wie się co jest na końcu i czego można się spodziewać. Jednak efekt końcowy przeszedł najśmielsze oczekiwania i Roch zwyczajnie był zaskoczony.

Shimano XTRW tym wydarzeniu towarzyszył mu Koyocik, największy Przyjaciel i towarzysz rowerowy. Po złożeniu roweru nadszedł czas ważenia. Wynik, który osiągnął Roch to 12,9 kg z ciężkimi kołami i oponami. Amortyzator też swoje waży, ale jego Roch nie będzie wymieniał. Wrażenia z jazdy niesamowite; po pierwsze fajniejsza geometria, rama jest dłuższa niż poprzednia, korba spowodowała, że Rochowi \”rozeszły\” się nogi i w końcu kolana są w jednej linii ze stopami. Napęd jest stary, ale wyczyszczony i działa o niebo lepiej. Nowe linki i pancerze spowodowały, że wszystko działa doskonale. Nowa przerzutka Shimano XTR dodaje rowerowi kultowości i powoduje, że zmiana przełożeń jest prawie niezauważalna.

Dzisiaj tylko jazda testowa, oblot i regulacja wysokości sztycy, położenia siodełka. Wszystko już ustawione, dokręcone i wyregulowane. Tylko siadać i jeździć. Pierwsza jazda odbędzie się jutro rano, oczywiście z Koyocikiem. Trasa nieznana, ale na pewno na nowym rowerze i z takim towarzyszem będzie to sama przyjemność. Na koniec obowiązkowe zdjęcie:

Cube LTD

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Podziękowania za motywację do złożenia roweru należą się zaprzyjaźnionemu Adventure i Koyotowi. To oni zadawali Rochowi kopniaki i dzięki temu ma teraz nowy rower.

Wielkie przygotowania

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom Roch nie wytrzyma do przyszłego sezonu. Obecnie trwają przygotowania do przełożenia części ze starego roweru do nowego. Wszystko powinno być; korba jest, przednia przerzutka jest, naprawiony suport jest. Reszta części powinna pasować, jedynie co trzeba będzie wymienić to pancerze, bo długość na pewno nie będzie pasowała. Nie pozostaje nic innego jak tylko pojechać do zaprzyjaźnionego Adventure i przełożyć części.

Prawdopodobnie nastąpi to w najbliższą sobotę, tak żeby w niedzielę rower był gotowy i można było odbyć inaugurację z Koyotem. Roch nie wytrzymał, stojąca obok biurka rama nie dawała mu spokoju, a w dodatku Koyot miał wszystko, czego Roch potrzebował. Pora w końcu założyć rower, nie po to Roch zbierał na ramę, żeby teraz stała owinięta w szmatki. Nie wiadomo, czy lakier z niej nie zszedł, ale w sobotę wszystko będzie wiadome.

Roch pozdrawia Czytelników.