wtorek, 31 marca 2020

Higieniczne pedałowanie - dzień drugi, oczywiście spóźnione

No i stało się; splot ostatnich wydarzeń opóźnił kolejną notkę o całe dwa dni, ale na swoje usprawiedliwienie Roch ma to, że dobrał się do dawno zapomnianego dysku, na którym znalazł masę swoich rowerowych zdjęć z okolic roku 2008, a więc jeszcze z czasu Tarnowskich Gór. Tak się w tych zdjęciach zakopał, że zapomniał o tym, że w niedzielę też pedałował. Oczywiście wszystko zgodnie z zachowaniem higieny i zaleceniami.

Skoro już Roch musi przestrzegać zaleceń to pojechał, razem z Żonką, do lasu. Głębokiego lasu. Tak głębokiego, że po drodze minęło ich stado dzików, a jak wiadomo dzikom nie należy wchodzić w drogę, więc zmienili trasę. Koniec końców wyjechali pod Blachownią. Z powrotem droga była prosta i szybka. Można było jeszcze gdzieś odbić i dokręcić do 30 kilometrów, ale nie ma co przesadzać. Łatwo się przeziębić, a lekarza to teraz ze świecą szukać. Więc lepiej dmuchać na zimne i nie przesadzać z rowerem. Jak zrobi się całkiem ciepło to Roch odbije sobie wszystkie nieprzejechane kilometry.

Wypad oczywiście w ramach zaspakajania podstawowych potrzeb życiowych. Po powrocie Roch zabrał się za szukanie zupełnie nie tego co znalazł, ale akurat ten dysk to jest złoto. Od razu wszystko zaczął kopiować, a jest co. Zdjęcia, które Roch dawno spisał na straty, jak na przykład to:


Teraz będzie można na fanpage obserwować zdjęcia, które Roch będzie wrzucał. Codziennie jedno zdjęcie.

Roch pozdrawia Czytenlików.

PS.
Oczywiście ślad:

sobota, 28 marca 2020

Higieniczne pedałowanie - dzień pierwszy

Czasy i sytuację mamy, jaką mamy. Nie jest źle, za dobrze też może nie jest, ale trzeba sobie jakoś radzić i dostosować się panujących warunków. To co można zrobić to zachować zdrowy rozsądek i nie da się zwariować. Wcześniej Roch pisał, że słowa jego "Złotej Pani Pediatrki" są dla niego kluczowe; a więc boi się, ale też do problemu podchodzi z rozwagą. I tak też było dziś.

Pogoda piękna, wiosenna, aż wołała "choć pojeździć" i Roch poszedł. Oczywiście nie sam, bo z Żonką. Warunki były higieniczne: unikali tłumów, pojechali raczej nieuczęszczaną drogą, Roch nie smarkał na drogę i - oczywiście - było to wyjście w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych, a pedałowanie jest dla Rocha taką potrzebą.

Z racji tego, że są małżeństwem nie musieli zachowywać zalecanych dwóch metrów odstępu, ale i tak jak kogoś mijali to od tej osoby zachowywali regulaminowy odstęp. I tak, zgodnie z prawem, przejechali 28 kilometrów. Wnioski z wypadu są proste: ludzie generalnie mają w du*ie te całe #ZostanWDomu. W lasach samochodów pełno, nad wodą ludzi pełno. Rowerzystów też od groma, jednak Ci regulaminowo, pedałowali samotnie, czyli #RideSOLO działa.

Jednak sam wypad, abstrahując od polityki i oceny, czy to godne, czy nie, był fajowy. Pogoda superowa, zero wiatru, noga podawała. No i w końcu, po wielu tygodniach, wyszło słońce. To jest to, czego Rochowi brakuje najbardziej. Gdyby warunki były inne i Roch nie pracował by z domu, to po wyjściu z pracy stanął by na schodach i wziął głęboki wdech. I tak, czuć wiosnę.

Jutro kolejny dzień, który zapowiada się słonecznie, czyli też będzie pedałowanie. W ramach zaspakajania swoich potrzeb życiowych. Raz dziennie można. Może teraz w drugim kierunku, oczywiście też w okolicach odludnych. Przynajmniej kiedyś odludnych.

Roch nie będzie pisał #ZostanWDomu, albo nie wychodź. Jeśli zrobimy to mądrze i z głową to nic złego się nie stanie, a witamina D ze słońca jest dużo lepsza niż ta z tabletki.

Trzymajcie się zdrowo i nie dajcie się zwariować.

PS.
Ślad GPS oczywiście:


Roch pozdrawia Czytelników.

poniedziałek, 23 marca 2020

Podsumowanie weekendu

Od czasu tego feralnego wypadku Roch nie jeździł na rowerze. Nie licząc dwóch wypadów do paczkomatu to rower stał w garażu. Bynajmniej nie dlatego, że Roch odczuwał traumę z powodu potrącenia, ale musiał się trochę podleczyć. Bark jednak bolał, głowa miała spowolnione ruchy i trzeba było to ogarnąć Altacetem. W końcu udało się to wszystko ogarnąć i można było zacząć pedałować, ale pojawił się ten wirus. No i znowu mówią, żeby siedzieć w domu, nie wychodzić.

Jednak Roch skonsultował się ze swoją "Złotą Panią Pediatrką" i ona wykazała zdrowe podejście do tematu. Napisała bowiem Rochowi: "trzeba się bać, ale należy zachować zdrowy rozsądek". I to były słowa, z którymi Roch jeździ na rowerze. Po pierwsze zero kontaktu z obcymi, rower tylko z Żonką, w miejscach odludnych. Czyli w centrum, bo lasy są zasiedlone bardziej niż blokowiska.

Tak poważnie, to Roch nie zamierza całkiem zamykać się w domu. Ogranicza wyjścia do tych koniecznych, nie zrobił zapasów ryżu, makaronu i kaszy. O papierze toaletowym nie wspominając. No i przede wszystkim higiena, czyli po każdym powrocie mycie rąk, unikanie dotykania twarzy i tak dalej. Takie czasy nastały, że trzeba będzie z tym lub innym cholerstwem żyć.

Jednak przechodząc do podsumowania weekendu, to był on wiosenno-zimowy. W sobotę było zimno, ale słonecznie. Kilometrów przejechało się 12 i to był maks. na co Rocha było stać. Termicznie nie przygotował się do tego. Szczególnie, że termometr się rozładował i temperaturę Roch określał patrząc za okno. Jednak i te 12 kilometrów było, po takiej długiej przerwie, niezłym wynikiem.

Niedziela też była rowerowa i zimowa - świeciło słońce i padał śnieg, ale drogi były suche więc można było pedałować. Tym razem Roch ubrał się cieplej ponieważ wiedział jaka jest temperatura. Jednak baterie w termometrze się przydają. Tym razem też wyszło ich 12, ale też fajnie się pedałowało.  W sumie, w weekend, Roch przejechał całe 24 kilometry i już nie może doczekać się kolejnego weekendu. Szczególnie, że prognozy podają już temperaturę na poziomie dwóch cyfr, więc będzie można gdzieś dalej się wypuścić. Oczywiście z zachowaniem higieny.

Jeszcze słów kilka o dramie, jaką toczył po tym puknięciu. Napisał on, że jeśli choć jedna osoba się przekona do kasku to będzie to jego sukces. No i się przekonała. Od czasu feralnego wypadu Żonka postanowiła jeździć w kasku. Roch, korzystając z możliwości wymianu kasku, wymienił go na pasujący na Żonkę, więc ten pęknięty kask nie poszedł na marne. Roch póki co nie jest dobrym wzorem do naśladowania, bo kask dopiero musi sobie zorganizować, ale to kwestia czasu.


Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 13 marca 2020

Plecak rowerowy XLC BA-S48

Zanim wszyscy zdążyli zapomnieć o lutym przyszedł marzec, czyli kolejny miesiąc współpracy z sklepem rowerowym rowertour.com. Tym razem po wielu przeciwnościach losu Rochowi udało się dobrnąć do końca testów prezentowanego dziś plecaka rowerowego XLC BA-S48. Krótko mówiąc, a raczej pisząc ten plecak ma moc i potencjał bycia nie tylko rowerowym, ale jak najbardziej wszechstronnym, całodziennym, górskim, czy nawet plecakiem do sklepu. Jednak to wszystko Roch opisze w dalszej części dzisiejszego wpisu..

Jakość wykonania


Kiedy Roch odebrał paczkę od kuriera poczuł lekkość. Nawet nie spodziewał się, że będzie to plecak, jednak po otworzeniu paczki okazało się, że było to właśnie plecak i to jeszcze w kolorze szaro-niebiesko-białym, czyli w dokładnie takim jakim Roch chciał. Pierwsze wrażenie to solidność - i nie chodzi tutaj o to, że jest dobrze pozszywany, ale o jakość materiału. Robi on wrażenie grubego, solidnego i wytrzymałego. Takiego, któremu nie są straszne gałęzie drzew w głęboki i zapomnianym lesie. Z drugiej strony "bryła" plecaka jest kompaktowa, nie wystaje poza plecy, nie powoduje uczucia jakby się miało garb. Wszystko pasuje do siebie. Jest kompletne i przemyślane. Do bólu solidne, ale też ma w sobie to coś, co powoduje, że chcemy z nim iść nawet do sklepu.

Gdy bliżej się przyjrzeć szwy, suwaki dopełniają wrażenia solidności. Rocha urzekła górna kieszonka, która ma specjalne wycięcie na suwak. Im bardziej poznajemy ten plecak, tym bardziej chcemy go nosić. Jakość i staranność wykonania tego plecaka odkrywamy właśnie w takich smaczkach. Suwaki pracują bez zarzutu, nawet w pełnych rękawicach rowerowych odsunięcie ich nie stanowi najmniejszego problemu. Wnętrze plecaka to kontynuacja tego co widzimy na zewnątrz. Wszystko jest przemyślane, poukładane w logiczną całość. Od razu wiadomo co i gdzie można włożyć. Roch miał wiele plecaków, nawet takich po 30 litrów, ale żaden z nich nie był tak przemyślany. Zazwyczaj odnosiło się wrażenie, że projektanci podchodzili do swojego zadania mniej więcej tak: “mamy do zagospodarowania 30 litrów, zróbmy więc dwie komory, jakąś kieszonkę na telefon i dwie siatki na zewnątrz”.

Tutaj mamy wiele drobnych schowków, które można zagospodarować jak się chce. I mamy pewność, że zawsze jedzie z nami to co będzie nam potrzebne.

Dane techniczne


Plecak jest wykonany z wodoodpornego nylonu Ripstop, co - po szybkim sprawdzeniu w Google -
gwarantuje nam, że to co mamy w środku pozostanie suche. Jednak jeśli nie mamy 100% pewności to z odsieczą przychodzi nam dodatkowa osłona przeciwdeszczowa w kolorze jaskrawo żółtym, co dodatkowo gwarantuje nam widoczność i bezpieczeństwo. 

Plecak można podzielić na cztery części:


  • Duża, na całej długość plecaka
  • Mała, w górnej części plecaka - na klucze i inne drobiazgi (Roch tam nosi m.in dowód rejestracyjny)
  • Duża, na całej długości, w środku 3 dodatkowe przegrody podzielone w stosunku 1:2:1 (dwie zewnętrzne są mniejsze w stosunku do środkowej)
  • Zewnętrzna - na całej długości, w środku 2 przegrody siatkowe (Roch używa ich do przewożenia inhalatorów)
  • Przegrody oddzielone są od siebie cienkimi plastikowymi panelami, które w razie konieczności można wyjąć.

Pozostałe parametry to:


  • Pojemność: 18 litrów
  • Plecy - ergonomiczne uformowane, usztywnione, miękkie gąbki, super wentylacja
  • Zewnętrzny uchwyt na kask
  • Pas piersiowy z regulacją wysokości oraz gwizdkiem
  • Pas biodrowy z kieszeniami
  • Pasy kompresyjne, pozwalające zmniejszyć objętość plecaka gdy jest pusty
  • Miękkie, regulowane szelki z odblaskami

Możliwości regulacji są wręcz imponujące. Poza możliwością regulacji szelek, możemy jeszcze wyregulować objętość plecaka dzięki czemu można go odchudzić jak nie potrzebujemy całej jego pojemności. Gdy przyjdzie przewieźć nam coś większego wystarczy pociągnąć za paski i mamy całe 18 litrów do wykorzystania, Do tego regulacja wysokości i długości pasa piersiowego, a jak go nie potrzebujemy to jest możliwość odczepienia go całkowicie.

Ale no właśnie, ile tak naprawdę możemy zapakować, bo 18 litrów to są suche liczby, które nie dają wyobrażenia o tym co możemy w nim przewieźć. No więc Roch miał czas to sprawdzić.

Wrażenia z użytkowania


Do codziennego użytku Roch potrzebuje niewiele. Notes, długopis, kabel do ładowania zegarka, inhalator, który musi mieć ze sobą jako astmatyk, klucze, dowód rejestracyjny jakieś pomniejsze rzeczy typu dwie tabletki przeciwbólowe. Ilość znikoma, wtedy przydaje się regulacja objętości. Jednak ostatnio Roch pojechał z dzieciakami w góry, na pożegnanie zimy. Do tego doszedł basem.

Wtedy w plecaku była lustrzanka, ręcznik na basen, pianka do pływania dla syna, spodenki dla Rocha, klapki x2. Do tego jeszcze dwa bidony w bocznych kieszeniach i chusteczki higieniczne w kieszeniach na pasie biodrowym. Oczywiście telefon, klucze od domu i samochodu, dowód rejestracyjny i nawet pendrive były w górnej kieszeni przeznaczonej na drobiazgi. I jeszcze osłona przeciwdeszczowa też była w plecaku. I wszystko na plecach.

Na rower oczywiście plecak też się nadaje. Pompka, zapasowa dętka, multitool, łatki, skuwacz do łańcucha to wszystko zmieści się w plecaku bez problemu. Jedynie z kaskiem Roch miał problem, ale to dlatego, że nie chciał nadwyrężać plecaka (bo jest fajny i nie chciał go rozwalić). Na pewno udałoby się go schować, ale Roch tak zaprzyjaźnił się ze swoim plecakiem, że nie chciał go aż tak męczyć. Poza tym miejsce kasku jest na głowie.

Dla tych, którzy nie wożą bidonów w koszykach jest miejsce w plecaku na bukłak. Kieszeń najbliżej pleców, sprytnie schowana pod osłoną szelek zapewnia dodatkowe miejsce na spory worek z napojem.

Podsumowanie


Tę część recenzji, podobnie jak poprzednie, piszę się zawsze z największą przyjemnością. Nie dlatego, że wyrobił się limit, czy odhaczyło się kolejną pozycję na liście, a dlatego, że używanie produktów XLC to przyjemność sama w sobie. Nie inaczej jest z opisywanym plecakiem BA-S48, który sam w sobie jest ideałem, który Roch poszukiwał od długiego czasu. Roch używa plecaka codziennie, zabiera go do pracy, do sklepu. Traktuje go tak samo jak kobiet torebkę. Ma w nim wszystko, a nawet więcej tylko boi się włożyć głęboko rękę.

Plecak był już z Rochem, w górach, na rowerze i codziennie jeździ z nim do pracy. Jeśli szukacie solidnego plecaka na rower, który bez problemu sprawdzi się w górach, nad morzem czy w pracy to XLC BA-S48 jest ideałem. I mało jest rzeczy, którymi Roch tak się jara, ale ten plecak naprawdę ma moc i potencjał.

Tymczasem Roch zabiera plecak i jedzie dalej:


Artykuł powstał przy współpracy z rowertour.com - sklep rowerowy online i XLC parts

środa, 11 marca 2020

Trochę się Roch poobijał

Tym razem to nie będzie notka z przymrużeniem oka, o tym że Roch poszedł pojeździć, coś tam zobaczył, a przy okazji porobił kilka zdjęć na swoje social media. Będzie całkiem poważnie o jednej, ale najważniejszej, rzeczy jaką każdy posiada. To jest głowa. Głowę ma się jedną, jak zrobi się jej krzywdę to albo staje się warzywem, albo powrót do zdrowia zajmuje sporo czasu i wcale nie ma gwarancji, że całość będzie działała tak jak przed urazem.

Dlaczego Roch o tym pisze? Ano dlatego, że w niedzielę został potrącony przez samochód, który wyjeżdżał z bramy i nie zachował szczególnej ostrożności. Roch wpadł na maskę, zsunął się z niej i przywalił głową w kostkę brukową. Przy okazji zgarnął też Żonkę, która jechała obok niego, ale miała więcej szczęścia. Gdyby nie kask, który Roch miał na głowie zapewne leżałby teraz w szpitalu z wstrząśnieniem mózgu albo czymś innym.

Na szczęście skończyło się na poobijanym barku, rozbitym kolanie i opuchniętym piszczelu i jednym dniu wolnym od pracy. No i kask pękł, ale to właśnie jego zadanie. Każdemu się wydaje, że kask to ma ładnie wyglądać, dobrze wentylować, ale tak naprawdę kask ma jedno zadanie. Ma przyjąć na siebie całą energię uderzenia i - jeśli to konieczne - ma pęknąć. Jeśli dzięki temu głowa, zdrowie albo i życie zostaną ocalone to jest to naprawdę znikoma cena.

I pamiętajcie: jeśli rower to tylko w kasku. Dobrze dopasowanym, dobrze wyregulowanym i dobrze założonym. Tylko wtedy mamy pewność, że w razie wypadku spełni on swoje zadanie. Rocha kask swoje zadanie spełnił, przeszedł do historii jako bohater.


R.I.P Kasku.

piątek, 6 marca 2020

Dużo, dużo pracy

Znowu stało się to co - prawie - zawsze się dzieje, jak Roch wpada w wir zajęć. Zapomina o notkach, chociaż pedałuje co weekend. Przyjeżdża i zajmuje się czymś innym. Na swoje usprawiedliwienie ma to, że w ostatnim czasie sporo się u niego dzieje. Do współpracy i testów różnych fajnych rowerowych rzeczy doszła jeszcze obsługa informatyczna jednego z ulubionych gabinetów lekarskich i Roch nie ma czasu, ale powoli wychodzi na prostą.

Co prawda przed nim jeszcze kilka dni pracy nad przeniesieniem pacjentów do nowego systemu, ale jak tylko ogarnie to, zabiera się opisywanie ostatniego prezentu od rowertour.com, czyli plecaka. Nie ma co robić z tego tajemnicy. Od kilkunastu dni Roch jest szczęśliwym posiadaczem plecaka, który w założeniu jest rowerowy, ale doskonale sprawdza się jako plecak do pracy, w którym można nosić krokiety na obiad. Jako plecak górski doskonale spisywał się w Istebnej podczas pożegnalnego wypadu na narty.

Więcej, dużo więcej, Roch napisze w tekście o nim, który prawdopodobnie będzie w okolicach połowy miesiąca. Najbliższe rowery będą bez śladu ponieważ Garmin Rocha pojechał do serwisu. Jednak ratuje go czujnik prędkości, który może być autonomicznym urządzeniem do pomiaru dystansu.

I oczywiście statystyki - tutaj trochę trzeba poczekać bowiem zmieni się ich forma. Nie będą już obrazki, a raczej wykresy, ale nad tym Roch też musi popracować. Jednak kolejka zajęć Rocha jest jasna i będzie się jej trzymał, bo jak rozgrzebie za dużo to później niczego nie skończy. Weekend już puka do drzwi, więc trzeba będzie wsiąść na rower i trochę popedałować. Na pewno w stronę Blachowni bo Roch odkrył tam hamburgery, takie jak kiedyś jadł na dworcach autobusowych.

O takie:

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 21 lutego 2020

Dzwonek rowerowy XLC DD-M17

Zgodnie z tym co Roch napisał w ostatniej notce, dziś startujemy z testem drugiego produktu, który był bonusem do kierownicy, ale urzekł on Rocha tak, że postanowił go opisać w osobnej notce. Tym bonusem, który jest wynikiem ciągłej współpracy z internetowym sklepem rowerowym rowertour.com, jest dzwonek rowerowy XLC DD-M17.

Jakość wykonania


Nie jest to jednak zwykły dzwonek rowerowy. Ten dzwonek jest pionowy, z dziurką w środku i przypomina donut, czyli pączka z dziurką, który najczęściej występuje w filmach w towarzystwie policjanta. Jednak tym razem jest to dzwonek rowerowy z krwi i kości, a raczej z metalu i plastiku. Całość wygląda kosmicznie, niczym UFO albo pączek właśnie.

Co do jakości to nie ma się do czego przyczepić. Element obrotowy wykonany z twardego plastiku, a pod nim jest wkomponowany metalowy gong, który odpowiada za dźwięk. Całość spasowana idealnie, nic nie lata, nie ma się wrażenia, że zaraz wszystko się posypie. Nawet śruba montażowa została sprytnie schowana w środku, przez co całość konstrukcji sprawia wrażenie dopracowanej i taka w rzeczywistości jest. Podczas jazdy, nawet po wyboistym terenie, nie słychać aby dzwonek wzbudzał się samoczynnie, co bywa denerwujące szczególnie jak dookoła panuje cisza i tylko jeden element roweru ciągle brzęczy. Jak nie musi dzwonić to nie dzwoni.

Dane techniczne


Dzwonek jest głośny, nawet w ruchu miejskim jest słyszalny i to jest jego główne zastosowanie. Nikt chyba nie będzie dzwonił w lesie na dzika albo innego niedźwiedzia. Co innego w mieście, gdzie trzeba mieć oczy dookoła głowy i czasem trzeba zadzwonić na stado łosi idących drogą dla rowerów.

Pozostałe dane techniczne poniżej:
  • Średnica montażowa: Ø22.2 mm
  • Średnica kopuły dzwonka: Ø53 mm
  • Waga: 35 g
  • Głośność: około 64 dB (pomiar orientacyjny)

Dźwięk dzwonka należy określić jako "klasyczny", czyli dobrze znany z tradycyjnych dzwonków, które robiły "dryń-dryń". Z tą różnicą, że tutaj kopuła obraca się wokół własnej osi, więc można zrobić z dzwonka "pepeszę", która będzie strzelała serią dźwięków na tych bardziej opornych pieszych.

Wrażenia z użytkowania


Ciężko opisać wrażenia z jazdy bowiem na dzwonku trudno się jeździ, ale można opisać wrażenia z użytkowania. Przede wszystkim należy wspomnieć, że "dzwonek lub inny sygnał ostrzegawczy o nieprzeraźliwym dźwięku" jest obowiązkowym wyposażeniem roweru i po prostu musimy go mieć. I warto go mieć, choć przez większość czasu nie będziemy go używali, ale w dobie ludzi zapatrzonych w telefony, ze słuchawkami na głowie warto mieć na kierownicy coś, co w sposób jednoznaczny ostrzeże innych przed nadjeżdżającym rowerem.

Sposób obsługi jest banalny. Kciukiem lub dłonią obracamy kopułą dzwonka, a on zaczyna dzwonić. Bije donośnie, niczym Dzwon Zygmunta. Jego ogromną zaletą jest to, że nie trzeba szukać cyngielka, jak w tradycyjnym dzwonku. Sprężynka, na którym ów języczek jest zamocowany może się przekrzywić. Tutaj mamy kopułę, którą kręcimy. Rozwiązanie bardzo fajne, szczególnie zimą, kiedy jeździmy w grubych rękawicach i nie musimy szukać tego małego elementu, tylko mamy pod ręką kawał dzwona.

Jeśli już zaczniemy dzwonić, to dźwięk jest donośny i charakterystyczny dla zwykłego dzwonka tak więc nikt ni powinien mieć wątpliwości, że to co słyszy to nadjeżdżający rower. Wewnątrz najprawdopodobniej dalej młoteczek puka w metalową obudowę, ale można pukać tradycyjnie, albo pukanie może być otoczone dizajnerską obudową.

Podsumowanie


Po otwarciu paczki Roch pomyślał: WTF!? Jednak szybko doczytał, że ten pączek z dziurką to rasowy dzwonek od XLC, oznaczony symbolem DD-M17, który nie dość, że robi robotę to jeszcze fajnie wygląda. Montaż nie jest specjalnie kłopotliwy, a efekty są oszałamiające. Może i funkcjonalnie jest to nadal dzwonek rowerowy, który dzwoni, ale to w jaki sposób to robi to już inna bajka. Zamontowany na kierownicy wygląda efektownie i działa efektywnie. Niezależnie od tego, czy jeździmy bez rękawiczek, czy w zimowych rękawicach mamy pewność, że jak potrzebujemy użyć dzwonka to bez problemu go użyjemy.

I chyba takie miało być jego przeznaczenie.


Artykuł powstał przy współpracy z rowertour.com - sklep rowerowy online i XLC parts.

niedziela, 9 lutego 2020

Kolejny słoneczny weekend

Tak się złożyło, że kolejny - lutowy - weekend był słoneczny, suchy i prawie wiosenny. O ile o tej porze roku można mówić o czymś, że jest "wiosenne". W lutym powinien leżeć śnieg, drogowcy powinni być zaskoczeni, a na drogach powinno być biało od soli. Tymczasem nic się nie sprawdza, deszcz co prawda pada często, ale tego drogowcy solą nie zasypią, więc chyba można śmiało stwierdzić, że tego roku drogowcy mają sól w oku i nie widzą co z nią zrobić.

Dla Rocha jednak tak pogoda oznacza tylko jedno: rower, rower i jeszcze raz rower. Gdyby nie to, że musi jechać do pracy to pewnie cały tydzień pedałowałby nie zwracając uwagi, czy jest wiosna, lato albo zima. Choć to ostatnia przypomina bardziej wiosnę, ale to akurat nie jest nic złego. Jak ktoś chce śnieg to niech jedzie w góry. I tak, sobota dla Rocha okazała się bardzo rowerowa. Wpierw pojechał sam popedałować i porobić parę dodatkowych zdjęć do kolejnej publikacji, która już nie długo wpadnie na blogaska, a później podjechał po Żonkę, która też chciała popedałować.

Sobota zakończyła się wynikiem 31 kilometrów, ale to nie wszystko, bo niedziela już była za rogiem. Następnego dnia, czyli w niedzielę właśnie, Roch planował iść na rower sam, ale w końcu młodzież się zreflektowała i też poszła na rower. Wypad był ciekawy; najpierw rundka w okolicy cmentarza, a później szkoła, do której Młoda pójdzie już od września. Chciała zobaczyć, czy szkoła ma fajne boisko i plac zabaw i okazało się, że cała szkoła jest fajna. Od września się okaże na ile będzie fajna.

Weekend zamknął się w 35 kilometrach, co jak na zimę jest całkiem dobry wynikiem.

Roch pozdrawia Czytelników.

piątek, 7 lutego 2020

Kierownica XLC Raceby Flatbar

Mamy nowy miesiąc, więc startujemy z kolejnym cyklem testów, które Roch wykonuje we współpracy z internetowym sklepem rowerowym rowertour.com. W tym miesiącu zajmiemy się dwiema rzeczami, ale o drugiej z nich Roch nie będzie nic wspominał, poza tym że był to bonus, ale tak uroczy, że Roch postanowił go przetestować osobno, pomimo tego, że idealnie wpasowałby się w tekst o kierownicy, bo właśnie przechodzimy do pierwszej rzeczy jaką na luty Roch zaplanował, a jest to kierownica XLC Raceby Flatbar.

Jakość wykonania


Pierwsze wrażenie jakie można odnieść po wyjęciu tej kierownicy z pudełka to takie, że jej szerokość jest gigantyczna. Owszem, ma ona 740 mm szerokości i jest "płaska" (choć to nie do końca tak, ale o tym będzie w dalszej części). Roch z ciekawości zmierzył swoją kierownicę, która ma całe 520 mm szerokości, tak więc było to starcie Dawida z Goliatem.

Co do jakości wykonania to wszystko jest na najwyższym poziomie. Czarne, matowe, aluminium idealnie skomponuje się z każdym rowerem. Dodatkowe podziałki na końcach kierownicy ułatwią jej ─ ewentualne ─ skrócenie, ale to raczej nie będzie konieczne. Nawet miejsca gięć wyglądają ładnie. Całość sprawia wrażenie przemyślanego produktu, który ma jeden cel: sprawić wiele radości na rowerze. I wywiązuje się z tej obietnicy doskonale.

Dane techniczne


Tutaj dochodzimy do tego, że XLC Raceby Flatbar wcale nie jest płaska, mimo że nazywa się Flatbar, ale przy takiej długości prosta rurka byłaby narzędziem tortur, a nie elementem przeznaczonym do prowadzenia roweru. Podgięcia i wzniosy siłą rzeczy muszą być. Jeśli już o wzniosie piszemy to jest on typu "rizer bar", czyli wznosi się ku górze. Parametry prezentują się następująco:

  • Długość: 740 mm
  • Średnica montażowa: Ø31.8 mm
  • Backsweep: 9°
  • Wznios: 8 mm
  • Waga deklarowana: 280 g
  • Linia produktów: RACEBY

Głównym przeznaczeniem tej kierownicy jest MTB, XC i Maratony, a o tym Roch będzie miał okazję się przekonać, ponieważ w sezonie 2020 ma w planie przejechać kilka maratonów. Waga, jak na taką długość kierownicy, jest bardzo rozsądna, a to dzięki zastosowaniu aluminium 6061 2014-T6, które dodatkowo zostało podwójnie cieniowane.

Podziałka na końcach kierownicy ułatwia jej skrócenie, w przypadku gdyby okazała się za długa. Maksymalna długość do jakiej możemy ją skrócić to 680 mm, czyli mamy 60 mm "regulacji".

Ergonomiczne wyprofilowanie kierownicy wspiera sportową pozycję na rowerze, ale jednocześnie nie obciąża ramion i nadgarstków.

Wrażenia z jazdy


Początkowo Roch przeraził się jej długością. Już widział jak zamiast na rowerze jedzie jakimś chopperem albo wersalką, gdzie każdy zakręt to szarpanie się z 740 mm aluminium ale nic bardziej mylnego! Rower nie stracił ani odrobiny na sterowności, dalej można nim brać ciasne zakręty, choć próbując wjechać pomiędzy dwa drzewa trzeba mieć z tyłu głowy fakt, że nie zawsze musimy się zmieścić.

Jednak po oswojeniu się z XLC RACEBY Flatbar Roch poczuł, że to jest przedłużenie jego rąk. Rower dalej jedzie tam, gdzie ma jechać, skręca tam gdzie ma skręcać, a wszystko to bez zbędnego szarpania się i walki z rowerem.

Ergonomiczne ukształtowanie kierownicy powoduje, że ręce nie bolą, nie drętwieją. Dodatkowo pozycja na rowerze jakby trochę się polepszyła, ale może być to subiektywne odczucie. Na pewno komfort jazdy wzrósł. Szerokość kierownicy spowodowała to, że ręce oddaliły się od środka roweru, przez to wibracje nie są tak odczuwalne. Na starej kierownicy wyczuwalna była kostka brukowa. Teraz Roch przestał ją odczuwać.

Niezależnie, czy jeździcie po lesie, terenie, czy akurat jedziecie asfaltem kierownica zrobi robotę. Odciąży ręce, delikatnie poprawi pozycję na rowerze i doda "fejmu" bo przecież trochę o to chodzi. Dla niej Roch pozbył się wszystkiego z kierownicy. Została tylko kaczka, która teraz siedzi na mostku.

Podsumowanie


Po pierwszym wrażeniu "ojaaaa ale długa" Roch wziął się za montaż i jeżdżenie, bo nie warto opierać się tylko na tym co się widzi. I tutaj okazało, że po raz kolejny XLC zrobiło genialną rzecz, bo inaczej nie można określić kierownicy RACEBY Flatbar.

Pozycja na rowerze, jakość wykonania, parametry techniczne i wygląd - to wszystko sprawia, że wraz z kolejnymi kilometrami coraz bardziej lubi się tę kierownicę. Roch w weekend jeździł i jedynie co go powstrzymywało od dalszej jazdy to rozładowana tylna lampka i zbliżająca się noc.

Naprawdę warto sprawdzić tę kierownicę. Im więcej kilometrów na niej przejedziecie tym bardziej ją polubicie, a ona odwdzięczy się Wam pewnością prowadzenia, ergonomią i wyglądem.


Artykuł powstał przy współpracy z rowertour.com - sklep rowerowy online i XLC parts.

wtorek, 4 lutego 2020

Wiosenny weekend

Roch ponownie naobiecywał, że po weekendzie będzie notka podsumowująca dwa dni pedałowania, ale natłok zajęć spowodował to, że Rochowi koniec weekendu przeleciał bardzo szybko i obudził się dopiero we wtorek, kiedy wszystkie sprawy ma już ogarnięte i może zająć się wspominaniem weekendu, a wspominać jest co.

Sobota to był prawdziwie wiosenny dzień. Brakowało tylko śpiewu ptaków, ale te pochowały się bo wiało tak, że drzewa uginały się do ziemi. Jednak to nie przeszkadzało wyskoczyć Rochowi na rower. Oczywiście z Żonką, bo jakże by inaczej. Wspólne pedałowanie zawsze jest fajne, a jest fajniejsze jeszcze bardziej jak jedzie się na dłuższy wypad. Co prawda dzień jeszcze nie jest tak długi żeby zaliczyć naprawdę spory dystans, ale takie 25 kilometrów na Blachownię i z powrotem było całkiem możliwe.

Żeby nie ten wiatr to byłoby całkiem wiosennie, ale w drodze powrotnej przestało wiać, albo wiało w plecy więc pedałowanie było dużo łatwiejsze. Koniec końców udało się solidnie pojeździć, a co najważniejsze to Roch dzięki sprzyjającej pogodzie jeździ od początku roku, a od lutego nawet powoli powraca do biegania. Jeśli tendencja pogodowa i motywacja Rocha się utrzymają to na koniec roku statystyki spowodują przygaśnięcie świateł w całym kraju.

Oczywiście ślad GPS:


Roch pozdrawia Czytelników.