Poraj, pęknięta szprycha i powrót pociągiem

Kolejny weekend i kolejny wypad rowerowy. Pogoda dopisała i żal było nie skorzystać z takiej okazji, bo ostatnie wypady były raczej uzależnione od kaprysów pogody. Jak chmury przeszły, to było słońce, ale jak chmury wróciły, to znowu lało i trzeba było wracać do domu. Ogólnie rzecz biorąc, łatwo nie było, więc jak tylko na prognozie pojawił się cały słoneczny dzień, to Roch od razu pomyślał o jakiejś wyprawie. Żeby było lepiej, to cały weekend był słoneczny, więc można było zaliczyć nie jeden, a dwa wypady na rowerze. Jeden z nich był z przygodami, drugi już bardziej na luzie, znowu na lody, ale tym razem w inne miejsce. Jednak weekend zaczął się od wypadu na Poraj.

Podsumowanie weekendu: rower, lody i więcej lodów

Kolejny weekend za Rochem i pora trochę o nim napisać, bo działo się nie tylko w pogodzie. Choć i ona potrafiła skutecznie pokrzyżować plany rowerowe. W sumie można by napisać, że jeździło się od chmury do chmury, a czasem nawet od błysku do błysku, bo weekend był też mocno burzowy. Jednak z dobrą aplikacją pogodową — czyli z YR.no — można było sobie poradzić z warunkami pogodowymi. Można by narzekać, że pogoda zła i w ogóle, ale lepiej było wsiąść na rower i oglądać się za plecy, czy już uciekać do domu, czy jeszcze można kawałek pojechać.

Velo Soła. Czy warto w 2026 roku? (I dlaczego musisz spakować legitymacje)

Jeden z celów, które Roch zaplanował na rok 2026 — i w sumie na 2025 też — to przejechanie się szlakiem Velo Soła. To dość młoda trasa, która prowadzi od Żywca do Rajczy albo odwrotnie. W każdym razie nie jest to pętla, przez co trzeba dołożyć trochę logistyki, żeby zaplanować wyjazd, a także nie zapomnieć legitymacji szkolnych dla dzieci, bo wtedy w Kolejach Śląskich triggerują się mocno. Roch postara się odpowiedzieć, czy warto tam jechać i jakie są skutki braku legitymacji szkolnych. Zacznijmy więc od pierwszego pytania.

Blachownia i Olsztyn. Jednego dnia.

Tak się złożyło, że Roch po kolejnych migracjach i planach na swój plugin, który pluginem już nie będzie, postanowił spędzić więcej czasu na rowerze. Jednak do tej pory warunki pogodowe nie sprzyjały aktywności fizycznej. Upały powyżej 36°C jednak pokonały Rocha. Jedyne, co Roch robił w czasie tych skwarów, to oddychał i pochłaniał kolejne morza wody. Jakby tego było mało, to wlewał w siebie spore ilości kawy, co miało przykre skutki podczas ostatniej epickiej jazdy na rowerze, bo skurcze nie chciały go przestać atakować. I nawet wypicie przeterminowanego o miesiąc shota z magnezu nie pomogło. Ale zacznijmy od początku.

#NewBikeDay i więcej jeżdżenia

Czerwiec to wyjątkowy miesiąc pod kilkoma względami. Na pewno to miesiąc z pierwszym dniem lata — i tego astronomicznego, i tego kalendarzowego, a to oznacza, że zaczyna się ulubiona pora roku dla Rocha. Oczywiście, wiosna też jest spoko, nawet zima i jesień pod pewnymi warunkami są znośne, ale lato to jest lato. To czas upałów, wakacji, długiego dnia, truskawek i czereśni. To czas wszystkiego, co najfajniejsze. To także czas festiwali rowerowych, selfików z Braćmi. Ale czerwiec ma w sobie coś wyjątkowego. Ta wyjątkowość polega na tym, że Młoda ma urodziny. I wszystkie te truskawki, czereśnie schodzą na drugi plan. Bo długi dzień upływa na rozmyślaniu, co kupić Młodej na prezent urodzinowy.

Oczywiście, jest w tym trochę żartu, ponieważ Roch od dawna wiedział, co swojemu nastoletniemu Bombelkowi kupić. Problem jednak zaczął się w momencie wyboru koloru, bo to nie tak, że pójdzie się do sklepu i powie “o taki jest fajny, pan zapakuje na prezent”. Co to to nie. W ten sposób Młoda wiedziała, co dostanie na urodziny, ale bez jej udziału w logistyce mogłoby się okazać, że prezent jest fajny, ale kolor nie ten. A przecież nie od dziś wiadomo, że kolor roweru jest ważny. No właśnie, tym prezentem był — oczywiście i nie inaczej — rower.

Gravel?! Jeszcze jak!

Dokładnie to gravel. Tak, proszę Czytelników — rośnie kolejne pokolenie jeżdżących po lesie na sztywnym rowerze, póki co jeszcze niepijących sojowego latte siedząc w swojej flanelowej koszuli w kratę. Ale kto wie, jak ten gravel wpłynie na dalsze życie Bombelka. Z kilku propozycji, które Roch przedstawił, wybrana została jedna, oczywiście odbyła się jazda próbna, a finalizację zakupu i przewiezienie roweru do domu już pozostawiono Rochowi. Dzięki jego bezrobotnym piątkom było to całkiem łatwe, a i jeszcze miał trochę czasu na ploteczki w zaprzyjaźnionym rowerowym, czyli w Adventure w Tarnowskich Górach (nie, to nie reklama, Roch tam zawsze kupuje i lepszego sklepu nie ma).

Rower wszedł tak dobrze, że teraz wycieczki rowerowe są codziennością, bez kręcenia nosem, że Roch wymyśla. Często nawet sama Młoda inicjuje wypad rowerowy, a dzięki temu Roch też ma więcej ruchu, co dla niego jest błogosławieństwem. Szczególnie jeśli chodzi o ruch rowerowy. No więc GPSy pękają w szwach, Strava nie ogarnia, a Roch z Młodą piłują kolejne kilometry. I o to chyba chodzi — bo co z tego, że prezent nie był do końca prezentem, bo w wyborze uczestniczył obdarowywany, chodzi o to, żeby sprawiał przyjemność. I chyba sprawia.

Daleka droga na JoyRide

Kolejną rzeczą, która też sprawiała przyjemność, był wypad do Kluszkowców na festiwal rowerowy JoyRide. Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie są Kluszkowce — podobnie jak Roch — to jest to rejon Nowego Targu, Zakopanego. W każdym razie stolica polskiej sceny rowerowej. Wypad na duży plus, sporo rowerowej zajawki i nowe selfiki w Rochowej galerii sław. Do kompletu wydane sporo kasy na gadżety rowerowe, ale najbardziej poszukiwanego Roch już nie kupił. Czapka JoyRide przeszła mu koło nosa, może w sierpniu — w Białce Tatrzańskiej — uda się ją kupić.

Za to kolejna czapka “Godziek Brothers” weszła bez problemu. Do tego Roch odkrył fajną firmę produkującą customowe kapselki, którą — a jak — zareklamuje, bo fajne kapselki robią, a Roch już jeden ma, a kolejne już się grawerują. Strona to Cap My Ride, oczywiście to nie jest żadna forma płatnej współpracy, zwykła polecajka, bo fajne rzeczy mają, a ceny są mocno atrakcyjne. Kto chce, niech klika i zamawia.

Kolejne wypady rowerowe same się planują.

I tak to bywa z nowymi rowerami, chce się na nich jeździć, no i odkrywa się jazdę na rowerze na nowo. I oby tak zostało, bo dzięki temu, że Młoda zaczęła jeździć na rowerze, to i Roch zaczął jeździć, a nawet z rozpędu jeździ sam. Wieczorem wyskoczy na jakąś rundkę po okolicy. I tak kilometry się zbierają, a czerwiec wg prognoz będzie jednym z aktywniejszych miesięcy, ale w końcu lato, długi dzień i większa chęć do jazdy. No i też można sobie foteczki porobić w ciekawych miejscach.

Roch pozdrawia Czytelników.

Kolejny serwis w planach

Powoli Roch zaczyna rozważać zakup białej tablicy albo chociaż korkowej, na której zacznie kolejkować prace, które musi wykonać przy rowerach. W sumie nie ma tych rowerów dużo, ale zawsze coś. Głównym generatorem pracy jest — oczywiście — Młody, który mógłby grzebać nawet przy sprawnym rowerze, ale tak się złożyło, że jest rower, który faktycznie wymaga trochę uwagi. A dokładnie to koła w dirtówce Młodego. Więc Roch znowu zejdzie do piwnicy i praktycznie rozkręci oba koła, a to wszystko po to, żeby je wycentrować.

A po majówce zrobiło się zimno

Po majówkowych szaleństwach zostały tylko kurz i kartonik po dętce, którą Roch szczęśliwie zdobył pomiędzy dniami wolnymi, żeby nie tracić majówki przez brak dętki. I przyszedł czas na naprawy, bo trochę się tego uzbierało. Lekko krzywe koło, BMX z poluzowaną korbą i coś tam jeszcze, co wyszło w trakcie serwisowania rowerów. Cała akcja mocno rozciągnęła się w czasie, ale Rochowi nie spieszyło się jakoś bardzo, bo pogoda się załamała, więc nie było parcia na rower. To znaczy, parcie jest zawsze, ale warunki pogodowe skutecznie Rocha ostudziły (dosłownie!) i zamknął się w swojej norze.

Majówka i trzy awarie

Po tym, jak pogoda wystrzeliła, o czym pisał Roch w poprzedniej notce, zaczął częściej wychodzić z nory, bo pogoda była na tyle zachęcająca, że żal było ją marnować, a poza tym nie wiadomo, kiedy znowu spadnie deszcz, więc Roch chciał jak najbardziej wykorzystać istniejące warunki. Dobrą okazją ku temu była zbliżająca się majówka, czyli trzy dni wolnego i — teoretycznie — ciepłego. No i taka majówka była, ciepła i wolna. Na tyle ciepła, że Roch jeździł zarówno na BMX-ie, jak i na gravelu. Ale tak łatwo to nie było. Wszystko zaczęło się w piątek.

Pogoda wystrzeliła

Po okresie zimowym Roch nie mógł się doczekać wiosny. Jednak ona nie przychodziła za bardzo. Sezon grzewczy w domu też nie chciał się zakończyć, a ogrzewanie co rusz się włączało. Perspektyw na polepszenie pogody nie było w ogóle; jednak Roch nie poddawał się i dalej próbował jeździć na rowerze. Były okresy lepszej pogody, kiedy jeździł z Młodym po Lisińcu, ale były też słabsze momenty, kiedy siedział w swojej norze i grzebał przy swoim nowym-starym rowerze. Aż pewnego dnia pogoda wstrzeliła.

Szkiców więcej niż notek

Sprawa ma się tak: Roch bardzo chce pisać i nawet znajduje na to czas, choć łatwo nie jest, bo musi też robić inne rzeczy, ale ogólnie to trochę czasu ma i potrafi zejść do swojej nory i zacząć pisać. No właśnie — zacząć, bo Roch zaczyna pisać, potem wpada drugi, trzeci akapit i nawet dobrze idzie. Wena jest, palce podają i nawet tematy by się znalazły do tego, żeby pisać. Tylko jakoś tak w połowie, a może nawet w 3/4 pisania Roch wstaje i idzie, bo dokończy jutro. Zapisuje notkę w roboczych i robi coś innego. I właśnie w tym jest problem.