Lubliniec opanowany!

Od jakiegoś czasu Rocha nosi żeby pojeździć po Lublińcu i okolicach, ale nie chciał pchać się drogą nr 11, która jest najszybsza, ale też najruchliwsza. W końcu siadł do mapy, popytał znajomych i okazało się, że można do Lublińca dojechać całkiem przyjemnie nie czekając na to, aż któryś TIR zepchnie Rocha do rowu. Obrazek przedstawia tylko ogólny kierunek jazdy bowiem do Kalet Roch dojedzie przez las, z Drutarni ma prosto do Koszęcina, a stamtąd już prosta droga do Lublińca. Według mapy wychodzi jakieś 45 km, co przy Rochowej kondycji jest sporym dystansem, ale z Lublińca można przecież wrócić pociągiem za jedyne 8 zł (+5 zł za przewóz roweru). Tak więc najbliższy pogodny weekend należy do Rocha i Lublińca. Być może pojawią się jakieś zdjęcia, a na pewno ślad GPS, bo taką eskapadę wypada zarejestrować.

Poza tym u Rocha pracowicie; wczoraj impreza urodzinowa wiceprezesa i obżeranie się ciastem truskawkowym, dziś Roch rozwiązał parę problemów więc idzie ku dobremu, a na pewno nie jest nudno. O dalszych losach projektu \”Rowerem do Lublińca\” Roch będzie informował na bieżąco.

Roch pozdrawia Czytelników.

W końcu pogoda dopisała

Czwarty — i ostatni — dzień długiego weekendu zaowocował samymi sukcesami. Po pierwsze Roch przegryzł się przez dokumentację sterownika HD44780 dzięki czemu udało mu się zainicjować wyświetlacz, a nawet zacząć wyświetlać coś więcej niż tylko mrugający kursor. Do zrobienia pozostało wyświetlanie tekstu w drugiej linii i potem komunikacja z komputerem, żeby wyświetlić dowolny tekst, a nie tylko to co na sztywno wpisze się w kodzie programu. Sukces i tak spory, bo Roch tracił już wiarę w to, że kiedykolwiek uruchomi ten diabelski wynalazek, ale w końcu udało się.

Kolejnym sukcesem była pogoda, która z godziny na godzinę poprawiała się. Kiedy Roch wyjeżdżał na spotkanie Koyocika niebo było jeszcze zachmurzone, ale im dalej jechali tym robiło się coraz ładniej i cieplej. Co prawda obiecywana trasa Tarnowskie Góry – Lubliniec nie została zrealizowana, ale ostatecznie też było długo i pod górkę. Jednak Lubliniec zostanie zdobyty, tylko trochę później. GPSa Roch nie włączał dlatego śladu trasy nie ma, ale wśród punktów postojowych był Świerklaniec i kawa, którą wypili żeby trochę się pobudzić.

Ostatecznie dobrze się jeździło, przynajmniej ostatniego dnia Roch trochę się zmęczył, ale i tak długi weekend zostaje zaliczony do udanych. Następny już w sierpniu, przy okazji Rochowych urodzin.

Roch pozdrawia Czytelników.

Kolejna porcja deszczu

Trzeci dzień długiego weekendu upłynął pod znakiem przelotnych opadów, które skutecznie zniechęciły Rocha do jakiejkolwiek aktywności rowerowej. Poza tym nie było nikogo chętnego do pedałowania, a \”samemu to można się ogolić\”, co też Roch uczynił. Napady deszczu spowodowały to, że Roch zasiadł do wyświetlacza i męczył go próbując coś w nim zepsuć lub wyświetlić. Ostatecznie udało mu się zamrugać kursorem, ale to akurat jest banał, bo wystarczy wysłać 0x0F na linię danych. Wyświetlenie czegoś więcej to już jest wyższa szkoła jazdy. Na szczęście w poniedziałek Roch będzie miał możliwość zasięgnięcia języka u mądrzejszych.

Poza ciągnięciem tematu wyświetlacza Roch spał, bo chciało mu się, a była ku temu okazja ponieważ w domu cicho i chłodno było. Dzień jakoś minął, a jutro rower z Koyocikiem, o ile wszystko będzie pójdzie dobrze to trasa Tarnowskie Góry – Lubliniec (i okolice). Oczywiście olewając pociąg chyba, że będzie taka potrzeba, ale nic na to nie wskazuje. Dawno Rocha nie było w Lublińcu, ale też nie miał powodu i ochoty na wypady w tym kierunku. Teraz Roch się przejedzie, choćby zobaczyć minę pewnych osób.

Tak więc do jutra, może notka będzie bardziej rowerowa.

Roch pozdrawia Czytelników.

Pogoda nie wytrzymała

Korzystając z drugiego dnia przedłużonego weekendu Roch wyskoczył do miasta na elektroniczne zakupy, potem polutował trochę kabelków i w końcu chciał iść na rower, ale pogoda pogorszyła się i Rochowi odechciało się ryzykować jakiejś burzy, czy innej wichury. Zasiadł Roch przed biurkiem i zaczął montować to, co wcześniej zlutował. W końcu miał wszystko połączone, sprawdzone i mógł podłączyć wyświetlacz.

Dzięki własnoręcznie złożonemu Arduino wyświetlacz zagadał, a Roch doszedł do etapu zamrugania kursorem na wyświetlaczu. Do wyświetlenia czegokolwiek jeszcze trochę mu zostało, ale jest już na dobrej drodze. Potem, z drugiej strony, podłączy komputer i napisze mały programik w .NET, który będzie wyświetlał różne informacje i tak skończy się rok 2011.

Dziś z roweru nici, ale są jeszcze dwa dni i może uda się jeszcze wskoczyć na rower. Nawet z kimś u boku.

Roch pozdrawia Czytelników.

Spokojne jeżdżenie

Zgodnie z zapowiedziami pojawia się pierwsza \”długoweekendowa\” notka. Po burzowej nocy zrobił się całkiem ładny, choć pochmurny, dzień. Nie chcąc ryzykować kolejnej burzy Roch nie oddalał się zbytnio od domu, ale też nie chciał kręcić się po mieście, bo to przecież jest nudne. W końcu pojechał w stronę Dolomitów, tam pojeździł po błocie, a nawet w nie wpadł. Tylna opona nadaje się do wymiany, bo bieżnik nie \”wgryza\” się już w błoto tak jak kiedyś.

Z Dolomitów Roch pojechał do Rept gdzie trafiło się pełno powalonych drzew i jeżdżenie nie było zbyt możliwe więc szybko wyjechał z parku i zrobił jeszcze rundkę po mieście. Pogoda była całkiem znośna, choć jest parno więc w nocy pojawią się kolejne burze. Jeśli jutro pogoda będzie co najmniej taka jak dziś to Roch zaatakuje lotnisko chyba, że ktoś będzie chciał jeździć z Rochem to zmiana kierunku będzie jak najbardziej możliwa.

Na koniec ślad gps z dowodem rzeczowym Rochowego pedałowania: Dolomity – Repty.

Roch pozdrawia Czytelników.

Pierwszy długi weekend

Powoli, małymi kroczkami, Roch zaczął poznawać pracowniczy los, aż do momentu kiedy biorąc jeden dzień wolnego mógł mieć całe cztery dni odpoczynku. Nie mógł nie skorzystać z okazji szczególnie, że musiał sobie odpocząć, bo nawet horoskop zalecał odpoczynek od pracy. W związku z tym Roch poprosił o urlop, który dostał i nie musi sam siedzieć w firmie.

Te cztery dni Roch przeznaczy głównie na sen, trochę roweru, może jakieś dobre piwko w Szwejku, byle dalej od komputera, z którego Roch będzie korzystał od czasu do czasu. Notki będą pojawiały się regularnie, a dzisiejsza jest wstępem do całej serii. Oby tylko pogoda dopisała.

Roch pozdrawia Czytelników.

Niedziela bez deszczu (prawie)

Wczorajsze prośby zostały wysłuchane i niedziela była bez deszczu, ale pochmurna i wietrzna, a dzięki temu trochę zimna, ale lepsze to niż +30°C w cieniu. Po obiedzie Roch połączył się Koyotem i ustalili wspólnie, że spotykają się na kawie w Świerklańcu. Roch oczywiście spóźnił się, ale nie przewidział tego, że pod wiatr będzie jechał. W końcu jednak dojechał, wypił kawę, przeczekał lekki deszcz i pojechali w kierunku Chechła.

U celu chwila odpoczynku (głównie dla Rocha) i powrót do domu przez las, bo tam mniej wiało. Od teraz może padać ile chce, Roch i tak siedzi od 700 do 1500 w klimatyzowanym pomieszczeniu więc to co za oknem się dzieje mało go interesuje. Przyszły weekend prawdopodobnie będzie należał tylko do Rocha, bo Koyocik wypada z obiegu, a nikt inny nie pali się do pedałowania. Po drodze mamy jeszcze dzień wolny, a może nawet przedłużony weekend, więc notki powinny być częstsze.

Na zakończenie zapis trasy do kliknięcia i obejrzenia: Świerklaniec – Chechło. Kilometrów wyszło całkiem sporo zważywszy to, że Rocha kondycja jest daleko w lesie, ale — z perspektywy czasu — bez licznika jeździ się całkiem przyjemnie. Przynajmniej Roch z nikim nie porównuje długości… wypadów. Na każde takie pytanie odpowiada \”nie wiem, nie mam licznika\” i obserwuje zdziwienie rysujące się na twarzy pytającego.

Roch pozdrawia Czytelników.

Samochód umyty – lało będzie przez tydzień

Od początku sobota była pochmurna, ale nic nie zapowiadało deszczu. Po porannych obowiązkach Roch zjadł obiad i pomknął na spotkanie z Koyocikiem i Utkiem. Oboje byli ograniczeni czasowo więc szybka kawa i powrót do domu. Roch zabrał się z nimi i dojechał aż pod lotnisko, w międzyczasie startowały dwa WizzAir, ale pogoda nie dopisała i Roch nie miał na plecach aparatu.

B747-400F on EPKT/KTWSkoro już jesteśmy przy lotniczych sprawach to mało kto wie, że w czwartek i piątek lądowały dwie sztuki, tak dobrze czytacie Czcigodni — dwie sztuki, Boeingów 747-400F linii AtlasAir, o których Roch pisał w notce Pierwszy prawdziwy spotting. Tym razem były aż dwa, ale o takich godzinach, że Roch był w pracy, a nie może sobie pozwolić na luksus urlopu bo \”przylatuje samolot\”. I tak już uważany jest za świra, bo paraduje w koszulce z Boeingiem 747 na plecach. O wizycie JumboJet\’ów można przeczytać na stronach Dziennika Zachodniego, a samego B747 można zobaczyć na obrazku obok.

Bardzo fajnie, że nasze lotnisko idzie w ruch cargo, bo to i fajniejsze samoloty, a i dla lotniska prestiż, bo \”ruchem cargo otwiera oczy niedowiarkom\” (trawestując cytat z Misia). Oby więcej takich samolotów. Wracając jednak do roweru: w drodze powrotnej Roch złapał deszcz, ale lekki i przelotny i na szczęście wrócił suchy do domu.

Później pojechał umyć samochód i tym samym rozpoczął okres opadów deszczu, bo tak jest zawsze — czysty samochód = deszcz przez tydzień, co najmniej. Jutro mogłoby jeszcze nie padać, w końcu ostatni wolny dzień to trzeba go spędzić na rowerze.

Roch pozdrawia Czytelników.

Finał na lotnisku. Bez prawie.

Po wczorajszym prawie wypadzie Roch postanowił, że dziś będzie wypad z finałem na lotnisku, bo dawno nie jechał w tym kierunku, a przed nim jeszcze zaległy dzień spottera (ale tym razem nie będzie zapeszał) i trzeba potrenować. Na miejscu trochę pusto było. Kilka samochodów stało, było kilka osób, a Roch siedział na podkładach i popijał wodę mineralną, którą szczęśliwie kupił w jedynym otwartym sklepie. W końcu zrobił się jakiś ruch.

Jednak testy ustawień spowodowały to, że większość zdjęć jest poruszona, ale w końcu testy to testy i lepiej teraz stracić, ale ustawić optymalnie aparat na dzień spottera. Jak w każdą niedzielę tak i w tą był CargoJet, czyli niedzielę można zaliczyć do udanych, bo w końcu tylko dla niego Roch jechał dwadzieścia kilometrów. I dla przyjemności pedałowania oczywiście, ale to każdy już wie. Na Rochowym Flickrze można znaleźć kilka nowych zdjęć. Na większości z nich są stali bywalcy, ale zdjęcie jest zdjęcie.
Następnym razem Roch wybierze inne miejsce żeby wprowadzić jakieś urozmaicenie w zdjęciach. A następny raz dopiero za tydzień, czyli można spokojnie wybrać inne miejsce.
Roch pozdrawia Czytelników.

Finał prawie na lotnisku

Ostatnio finałów było sporo, ale Roch nigdy nie dojeżdżał. Lizał cukierek przez szybę. Dziś chciał pojechać na lotnisko, ale dzień tak mu się ułożył, że wolny było dopiero o 1500 i zanim zebrał się, zanim dojechał to już trzy samoloty wystartowały i znając życie to już nic nie startowałoby, a na lądowanie trzeba by dołożyć ekstra dwadzieścia kilometrów. Roch podjął męską decyzję i zawrócił, bo nie było sensu jechać i siedzieć pod płotem jak kołek.

Tak się złożyło, że Roch lasem dojechał do Chechła i chciał strzelić kilka fotek \”candid\” lachonów w bikini, ale doszedł do wniosku, że lubi swój aparat, a starcie z jakimś opalonym \”karkiem\” nie należy do tego, co Roch lubi robić. Pojechał więc do domu i tam zajął się swoim własnoręcznie zrobionym Arduino. Mikrokontrolery są fajne, szczególnie jak wszystko działa.

Na koniec Roch pragnie poinformować, że na dziś ma dosyć jakiejkolwiek aktywności i wszystko ma tam, gdzie ten wróbelek:

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Jutro Roch dojedzie na lotnisko. Choćby miał na rzęsach stanąć.