Kolejny weekend za Rochem i pora trochę o nim napisać, bo działo się nie tylko w pogodzie. Choć i ona potrafiła skutecznie pokrzyżować plany rowerowe. W sumie można by napisać, że jeździło się od chmury do chmury, a czasem nawet od błysku do błysku, bo weekend był też mocno burzowy. Jednak z dobrą aplikacją pogodową — czyli z YR.no — można było sobie poradzić z warunkami pogodowymi. Można by narzekać, że pogoda zła i w ogóle, ale lepiej było wsiąść na rower i oglądać się za plecy, czy już uciekać do domu, czy jeszcze można kawałek pojechać.
Piątek
Dla Rocha to początek weekendu, bo od pewnego czasu piątki są dla niego "Piątkami bezrobotnych", bo weekend trwa 3 dni, co jest dobre, ale bardzo rozsynchronizowuje go, bo traci poczucie kiedy jest sobota, a kiedy niedziela. Jednak pomijając kwestie zegara biologicznego w piątek Roch jeździł na rowerze, jak na bezrobotnego przystało. Rano pojechał rowerem do Volmartu, czyli hard sklepu z całkiem fajnymi artykułami (prażynki i 500g precelków!), gdzie kupił parę rzeczy, a przy okazji też zaliczył 10 kilometrów na rowerze.
Z Rochem pojechała Młoda, bo odkąd ma nowy rower, zaczęła jeździć dosyć regularnie, a to Rocha cieszy, bo ruch to zdrowie. Droga powrotna, na życzenie Młodej, była przez park jasnogórski, więc jeszcze kawałek drogi się dołożyło, więc dystans wyszedł całkiem spoko. Po obiedzie wpadł jeszcze jeden rower, tym razem na najlepsze lody w mieście, gdzie Roch cały czas czeka na smak gorzkiej kawy z Guinnessem. Raz na nie trafił i to był strzał w dziesiątkę, ale ciągle trafia na inne smaki. W piątek poszło tradycyjnie, śmietankowe.Pod wieczór jeszcze był jeden rower, ale już lokalnie — do sklepu, bo jak już jeździło się cały dzień, to tak też trzeba zakończyć ten piątek. Finalnie wyszło 21.73 km (ehhh, tak niewiele do 21.37).
Sobota
Sobota już nie była tak spektakularna jak piątek, ale Roch też jeździł i też był na lodach. Ciężej było jednak zaplanować cokolwiek, bo pogoda wyraźnie kierowała się w opady deszczu i o ile piątek był w miarę spokojny, to w sobotę już było gorzej. Jednak dało się znaleźć takie jedno okienko pogodowe, in którym można było wyskoczyć na rower. No więc kolejna rundka i na końcu lody, choć tym razem Bombelkowi nie chciało się dalej jechać, więc ostatecznie licznik zatrzymał się na 6 kilometrach i chyba nic więcej nie dałoby się wycisnąć z tej pogody.Dobrze, że i tyle Roch przejechał — kilometr do kilometra i zrobi się całkiem spory dystans (jak na ostatnie lata jeżdżenia). Popołudnie już pod dachem, bo chmury i deszcz już konkretnie opanowały niebo. I tak przez całą niedzielę, więc Roch pominie niedzielę, bo i tak nie było o czym pisać. Chyba że pasjonująca rozgrywka w Monopoly, w której po raz pierwszy Roch nie zbankrutował.
Podsumowanie
Weekend — w sumie to piątek i sobota — raczej na plus, żeby nie ten deszcz i ta pogoda, to byłby na duży plus, ale dało się jeździć, więc plus. Pogoda jest jaka jest i trzeba z nią żyć. Lipiec często jest zwalony, potem już lepiej będzie, jednak i tak już na liczniku Roch ma przejechane 180 km (tak, nie ma się czym chwalić) i to jest najwięcej od początku roku. Do tego wyniku dołożyła się też VeloSoła, ale i częstsze wypady z Młodą, która na nowym rowerze jeździ dużo chętniej (i w sumie dużo dalej).
Jeśli trend kilometrowy się utrzyma, to Roch planuje zakończyć ten miesiąc z wynikiem 200+ kilometrów. O ile pogoda trochę odpuści, żeby było choć dwie godziny okienka pogodowego. Mimo wszystko Roch jest zadowolony z wyników, żeby tylko utrzymać ten trend.
Roch pozdrawia Czytelników.



Komentarze:
Dodaj komentarz