Jeden z celów, które Roch zaplanował na rok 2026 — i w sumie na 2025 też — to przejechanie się szlakiem Velo Soła. To dość młoda trasa, która prowadzi od Żywca do Rajczy albo odwrotnie. W każdym razie nie jest to pętla, przez co trzeba dołożyć trochę logistyki, żeby zaplanować wyjazd, a także nie zapomnieć legitymacji szkolnych dla dzieci, bo wtedy w Kolejach Śląskich triggerują się mocno. Roch postara się odpowiedzieć, czy warto tam jechać i jakie są skutki braku legitymacji szkolnych. Zacznijmy więc od pierwszego pytania.
Co się zmieniło od czasu otwarcia szlaku?
Tutaj Roch podeprze się relacją, którą usłyszał od swojego znajomego jadącego tym szlakiem zaraz po otwarciu, czyli w okolicach 2024 roku. Oczywiście szlak był wtedy w budowie, co oznacza, że nawierzchnia i oznakowanie pozostawiały wiele do życzenia. Pokrywa się to z opiniami z internetu, gdzie głównie narzeka się na brak znaków no i ciągły plac budowy. Do tego dołożył się remont torów i komunikacja zastępcza na pewnym odcinku, gdzie jechało się autobusem/busem, a rowery jechały w przyczepce, o ile było miejsce.
Tak było, a jak jest teraz? Koleje Śląskie jeżdżą bez problemu. Roch jechał pociągiem S5 z Katowic do Zwardonia. Miejsca na rowery było aż nadto, do tego wagony rowerowe z tyłu i z przodu, choć ten przedni okazał się za ciasny, więc trzeba było biec do tyłu. Tam sporo miejsca, choć wieszaków było tylko sześć, a reszta rowerów stała oparta o ściany. Ogólnie sama podróż całkiem spoko, jak zawsze 10 minut opóźnienia, ale za to na stacji w Żywcu są doskonałe pączki, robione na miejscu, więc można zajeść opóźnienie.
Legitymacje szkolne! Pamiętajcie o legitymacjach! I broń Boże opcja rodzinna!
Mały zgrzyt, o którym warto wspomnieć, to kontrola biletów. Roch kupił opcję rodzinną, bo w końcu 2+2, więc system sam przełączył na rodzinną. Dzieci wyglądają jak dzieci, obowiązek szkolny dalej jest, ale to nie wystarczyło konduktorowi.
Pierwsza stacja drogi krzyżowej
Legitymacje — no dobra, ulga 37% uprawnia do przejazdu tylko z dokumentem. OK, wina Rocha, ale dzieci nie wyglądają jak rośli zawodnicy, zresztą w żadnych innych pociągach legitymacje nie były potrzebne — tutaj ukłony dla linii S8, S13 i S9. Stanęło na tym, że dokument musi być i ch*j, ale co ciekawe — tylko u jednego dziecka, bo wg konduktora drugie wyglądało "dziecięco". Dziecko numer jeden było rosłym dryblasem. Dopłata, a w sumie nowy bilet za 21,80 PLN. Czyli mogło jechać dwoje "dziecięcych" dzieci i jeden dryblas.
Druga stacja drogi krzyżowej
Po określeniu tego, które dziecko wygląda "dziecięco", a które nie, przyszła pora na opcję rodzinną. Bo wg konduktora nie miał prawa, a według Rocha było takie prawo.
— "Nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobi?"
Było, bo sam system taką właśnie opcję ustawił i wydał bilety na podstawie dat urodzenia dzieci (tego "dziecięcego" i dryblasa). No więc tłumaczenie, że Roch nie będzie niczego prostował i absolutnie nie będzie niczego płacił, a w ogóle to niech się walą, bo system tak zadecydował, a różnica to jakieś grosze rzędu 7 zł.
No więc po dobrych 15–20 minutach i zapłaceniu 21,80 PLN Roch miał spokój i mógł się delektować podróżą pociągiem. W sumie to wina Rocha, bo zapomniał legitymacji, a dokładniej mówiąc: nie wziął ich, bo dzieci wyglądają jak dzieci, no ale dura lex sed lex. Na basenie, w bibliotece, we wszystkich miejscach z ulgową opcją Roch nie pokazywał legitymacji, nawet w kinie w opcji rodzinnej 2+2. Koleje Śląskie to inny stan umysłu.
Ruszamy w drogę! A droga jest imponująca
Dajmy już spokój Kolejom Śląskim i skupmy się na tym, co jest po wyjściu z pociągu. Wysiadka była na stacji w Rajczy, choć szlak zaczyna się od Rajczy Centrum, ale tam — według konduktora — jest kłopot z wyjściem z rowerami, bo nie ma peronu. Więc pierwszy #ProTip: stacja Rajcza, a nie Rajcza Centrum. Po wyjściu z peronów nie ma problemu z rozpoznaniem, w którą stronę jechać. Tłum jedzie w lewo, więc w lewo jest Żywiec.
I właśnie — fajny kierunek to od Rajczy do Żywca, bo jest lekko z górki. Oczywiście nie czuć tego, że się toczy, ale fajnie się pedałuje, lekko i przyjemnie. Typowe kolarstwo romantyczne z ładnymi widokami. Zalesione góry, łąki, baloty siana i Soła po lewej stronie. Niczego więcej nie trzeba. Ruch raczej umiarkowany, ale zdarzają się konie pociągowe — oni akurat wolą jechać pod górę, więc dalej nic nie zakłóca odbierania przyrody, a z każdym kilometrem jest coraz więcej do odbierania. Co chwilę jakiś most, z którego widok robi wrażenie, potem znowu jazda łąką, oczywiście po utwardzonej nawierzchni.
No właśnie — na całym szlaku są 3 główne typy nawierzchni: asfalt, szuterek i jakaś taka kostka, jakiej czasem używa się na podwórkach. Jednak nie ma tak, że jedzie się po placu budowy. Jest równo, bez dziur (no chyba, że gdzieś na szuterku albo w lesie, ale to naturalne). Więc spokojnie na sztywnym gravelu da się jechać, a byli i tacy, co na szosowych „Madonkach” lecieli. Więc da się i jest to przyjemne.
Ruch na szlaku i jego oznakowanie
Ten samochodowy oczywiście, bo taki się zdarza, ale nie są to drogi publiczne. To znaczy są publiczne, ale lokalne — takie, po których samochód przejedzie raz na jakiś czas. Widać jednak u niektórych lokalsów (tych z SZY na rejestracji) frustrację tym, że rowerzyści jeżdżą po ich drogach. Poza tym jest spokój, szlak jest odseparowany od samochodów. Jedyne miejsca ze sporym ruchem to zmiany kierunków albo objazdy, ale i tam nie jedzie się po ulicy, a po jakiejś formie ścieżki rowerowej albo chodnika.
Nie licząc przejazdów na drugą stronę szlaku, Roch nie jechał po jezdni. I w sumie było to widać, bo często mijało się całe gromady bąbelków na małych rowerkach, więc szlak jest raczej — a wręcz na pewno — dla każdego. Kierowców samochodów Roch też stara się zrozumieć, bo czasem ciężko jest wyprzedzić na wąskiej drodze, a rowerzystów jest sporo. Najlepiej jakby każda ze stron postarała się zrozumieć, że droga jest dla wszystkich. I tych od łańcucha, i tych z końmi mechanicznymi.
Co do oznakowania, to jest całkiem w porządku. Trzeba się trzymać tabliczek z numerkiem 611 i nawet GPS nie jest potrzebny. Spokojnie bez nawigacji da się poruszać po szlaku, a tabliczki są tak ustawione, że widać je z daleka i dobrze prowadzą. Żeby się zgubić, to chyba trzeba się postarać. Do tego co jakiś czas są też tabliczki z odległościami i oczywiście z atrakcjami, ale tych Roch nie opisze, bo zwyczajnie pojechał tam pojeździć, a nie zwiedzać. W każdym razie oznakowanie jest dobre, "kilometrówka" też się zgadza, a i atrakcje są oznaczone.
Podsumowanie i odpowiedź na pytanie: czy warto?
Czy warto? Jeszcze jak! Fajna droga, widoki robią robotę, do tego przyjemny profil trasy i spoko nawierzchnia. Dojazd też bezproblemowy, o ile nie jedziecie z dziećmi, które nie mają legitymacji szkolnych. Zresztą to wina Rocha, bo ich nie wziął, więc koniec końców mówi się trudno. Jednak cała trasa z Rajczy do Żywca jest po prostu w pytę i trzeba się nią przejechać.
Samochód można zostawić pod dworcem — o ile jest miejsce. Koszt to 15 zł (Roch przyjechał o 15:00, więc opłata za 2 godziny była), a po 17 chyba jest za free. W niedzielę można parkować cały dzień za darmo. Poza tym w okolicy jest sporo marketowych parkingów, więc pewnie tam też można zostawić auto, ewentualnie płacąc w jakiejś aplikacji parkingowej typu APCOA. Dojazd do Rajczy pociągiem i powrót rowerem.
W sumie teraz może zrobiłby to inaczej: zostawił samochód w Rajczy i przejechał trasę Rajcza – Żywiec – Rajcza, bo fajność tej trasy aż zachęca do dwukrotnego jej pokonania. Tak więc jeśli szukacie pomysłu na jakieś "Velo", to Soła nadaje się do tego wyśmienicie. Rekreacyjne pedałowanie, świetne widoki, dobre oznakowanie i miejsca, w których można zrobić ładne fotki. Niczego więcej potrzeba. Nawet baza gastronomiczna, jakby ktoś chciał uprawiać gastro-kolarstwo, jest całkiem dobra. Wybór od zapiekanek, przez burgery, aż po domowe obiady. Nie trzeba brać kanapek, każdy na szlaku znajdzie coś dla siebie.
Roch pozdrawia Czytelników.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz