Archiwum miesiąca: sierpień 2008

Na rowerze zachowaj ostrożność!

Ogólnie rzecz ujmując Roch (prawie) zawsze ma jakiś ogólny zarys wycieczki. Zazwyczaj modyfikacje są wprowadzane na bieżąco, ale dziś było inaczej. Roch wiedział tylko, że pojedzie do Świerklańca, a nóż znowu jakaś panna zapyta Rocha o lokalizację budki z lodami lub inną atrakcję typu Pałac Kawalera.

Jednak wskazania Rochowego licznika zaniepokoiły go ponieważ dumne dwanaście kilometrów było tylko grą wstępną do jakiegoś dłuższego dystansu. Roch zaczął wybierać jakiś dalszy cel, ale wybitnie mu nie szło. Skończyło się na leśnych ścieżkach prowadzących na Chechło. Z nadzieją na zgubienie się gdzieś w leśnych czeluściach Roch ruszył przed siebie.

Jednak Automatyczny Pilot Rocha (TM) nie pozwolił mu się zgubić, nie licząc wjechania w krzaki przez dziewczyny paradujące w bikini. Kto to widział chodzić po lesie w bikini! Jeszcze je jakiś Roch prze.. jedzie. Po wyjściu z krzaków i otrzepaniu się z flory krzakowej ruszył dalej przed siebie.

Gdy był na Chechle zaczął zastanawiać się gdzie tu jeszcze pojechać. Minąwszy posterunek Policji Roch ruszył do Miasteczka Śląskiego. Lasem, a jakże, patrząc przed siebie i uważając na wyrastające nagle krzaki. W Miasteczku Śląskim na twarzy Rocha pojawił się uśmiech. Licznik wskazał akceptowalny dystans, a doliczając powrót można było uznać, że wycieczka się udała.

Powrót odbył się Drogą Wewnętrzną PKP (TM), którą Roch dojechał do samych Tarnowskich Gór.

Warto nadmienić, abstrahując od tematyki krzakowo-rowerowej, że ujawniła się kolejna Czytelniczka, która nawet pochwaliła Rocha, że posty płodzone przez niego są nawet ciekawe.

Roch dziękuje za miłe słowa i pozdrawia Czytelniczkę, jak również wszystkich pozostałych Czcigodnych.

P.S: Trochę prywaty jeszcze nikogo nie zabiło.

Roch w swoim żywiole

W końcu Roch przypomniał sobie o tym, że gdzieś na jego biurku leżą rozładowane akumulatorki. Postanowił, że ubierze się świątecznie i weźmie w podróż aparat. Pojechał więc na Suchą Górę i tam zaczął szukać jakiegoś widoczku.

W końcu z braku sensownych widoczków postanowił, że z siebie zrobi widoczek. A nóż Roch zaliczy dzwona lub glebę i będzie wartościowe zdjęcie.

Wyszło, zdaniem Rocha, całkiem miłe dla oka (pomijając obecność Rocha na pierwszym planie) zdjęcie, które ocieka dynamiką ruchu i ekspresją przekazu.

Można kliknąć to Roch się powiększy, ale czy warto to już Wasza sprawa.

Później Roch pojechał na Dolomity gdzie ponownie spróbował znaleźć jakiś miły dla oka widoczek i nawet się udało ustrzelić kwiatka bo tylko on nie uciekał przed Rochem. Po owocnym polowaniu Roch udał się do domu i nigdzie więcej nie jechał.


Roch pozdrawia Czytelników.

Hibernacja Rocha

Od rana zapowiadał się senny dzień. Niby ciśnienie było w normie, niby pogoda była znośna, a Rochowi i tak ziewało się na każdym kroku. Rano trzeba było jechać do miasta, ale to nie postawiło Rocha na nogi. Sennie jakoś tak było za kierownicą, czasami nawet nudno.

Po powrocie Roch położył się, ale obiad nie pozwolił mu zasnąć. W końcu przysypiał na nudnie zieloną brukselką. Po obiedzie Roch w końcu poszedł spać. Obudził się jak było już grubo po 1700 i w związku z tym nie poszedł na rower.

Tyle pisania żeby napisać \”Roch nie jeździł na rowerze\”.

Roch pozdrawia Czytelników.

Jest lans

Co tu dużo pisać – pogoda wraca do normy, robi się cieplej, aż chce się jeździć. Od kilku dni Roch nie schodzi z prędkością poniżej 25km/h i czuje się jak nowo narodzony. Rower smakuje inaczej, lepiej, Roch czuje, że – pomimo podeszłego już wieku – może jeszcze coś osiągnąć, coś pobić albo po prostu dobrze się bawić.

Dzisiaj Roch pojechał na Pniowiec i Repty. Tam testował w warunkach terenowych nową geometrię roweru. Testy wypadły pomyślnie, pozycja za kierownicą jest dosyć komfortowa. Podjazdy, zjazdy, Roch próbował wszystkiego.

W końcu wrócił do domu. Zadzwonił Michał i zapytał, czy Roch przejdzie się z nim do Adventure. Roch ubrał się i zszedł na dół. Wizyta w Adventure jak zawsze była owocna. I tak zakończył się kolejny dzień Rocha.

Roch pozdrawia Czytelników.

Przelotne opady deszczu

Wszystkie prognozy pogody grzmiały, że możliwe są przelotne opady deszczu. Roch wziął te słowa za pewnik i nie oddalał się zbytnio od domu. Wiaterek powiewał, chmury się zbierały, ale nie padało. Roch zaczynał oddalać się od domu, aż w końcu pogoda pokazała Rochowi żółtą kartkę.

Roch uciekł do domu, a chmury zaczęły odsłaniać słońce. Delikatne promienie oświetliły matrycę Rocha i ten szybko wyłączył komputer i poszedł jeździć. W tym momencie ponownie chmury szczelnie zasłoniły słońce. Jednak Roch nie poddawał się i jeździł dalej.

W końcu po przekroczeniu 30km i osiągnięciu średniej prędkości na poziomie 25km/h Roch wrócił do domu.

Pogoda jak zawsze popsuła ostatni dzień weekendu.

Roch pozdrawia Czytelników.

Przejadło się

Najgorsze co może być to ulubiony obiad i później wypad na rower. Bo jak obiad jest ulubiony to musi być pochłonięty w całości wraz z dokładką, a to jest zabójcze dla późniejszej chęci pedałowania. Roch pochłonął obiad z dokładką, a potem miał iść na rower z Michałem, ale tak jakoś ciężko się jechało.

Cel był jasno określony – festyn w Wilkowicach, choć początkowo Roch z Michałem zajechali do Zbrosławic. Na festynie jak to na festynie, dużo okolicznego kolorytu, piwo \”Rybnickie\” no i szlagiery. Do tego wóz straży pożarnej, strzelnica i kilka skuterów.

W drodze powrotnej Roch zauważył na parkingu Wartburga, piękne cacko na zabytkowych numerach:

Roch pozdrawia Czytelników.

Faaaajnie

Roch wpadł w monotonię. Podobną do tej małżeńskiej, w której małżonkowie pewne czynności wykonują mechanicznie, nie mając z tego żadnej przyjemności. Ot, odfajkowane i można zająć się czymś innym. Z Rochem jest tak samo, a uświadomił mu to Koyocik, który pokazał Rochowi, że jazda na rowerze może być znowu przyjemna i fajna.

Wspólnie pędzili lasem z prędkością przekraczającą 30km/h w kierunku pączkodajni, ale to nie był ich cel. Celem była szybka jazda przez las, maksymalne zmęczenie, ból nóg, pot lejący się wiadrami i oddech jakby zaraz płuca miały wyskoczć przez gardło. To właśnie osiągnęli na miejscu. Roch nie miał siły nawet zauważyć, że Pani Od Pączków (TM) ma rude włosy, co dla Rocha jest najwspanialszym widokiem pod słońcem. Wspanialszym nawet od widoku lśniącego XTRa wkręconego w ramę.

Roch mechanicznie połknął pączka, popchnął go Oranżadą O Smaku Coli (TM) i pognał z Koyocikiem dalej w las. Licznik wskazywał średnią prędkość nie mniejszą niż 27km/h co było czymś wspaniałym. Roch odkrył na nowo rower, dowiedział się co stracił pedałując mechaniczne przed siebie. Okazało się, że nie ważne ile kilometrów się zrobi, ale jak bardzo bolą nogi i ile potu zostało wylanego po drodze.

Dziś, dzięki Koyocikowi, Roch odkrył rower na nowo. I oto chodziło.

Roch pozdrawia Czytelników.

P.S: Chyba zbyt osobiste.

Wyhaczanie Rocha

Roch z góry przeprasza za wczorajszą ciszę, ale coś mu odebrało chęć i pisania i jeżdżenia. Za to dziś się działo.

Rankiem Roch udał się do Adventure i zakupił nową kierownicę, prostą jak drut, czarną i wypasioną (co może być wypasionego w kawałku aluminium 6061?). Wrócił do domu i rozpoczął montaż. Wykręcił starą, odkręcił małego Rocha, który zadomowił się na starej kierownicy i zaczął montaż.

Korzystając z okazji wymienił także mostek na nowy, dłuższy i.. srebrny. Ni jak to nie pasuje do siebie, ale co tam. W pewnym momencie Roch zobaczył Pierwszą Ofiarę Montażu (TM). Obcięty został kabelek, i to przy samej podstawce, który łączy podstawkę licznika z czujnikiem, który odbiera impulsy. Mogło urwać się wszystko, a urwał się najważniejszy element, bo bez licznika jak bez ręki.

Początkowo Roch sięgnął do portfela, ale postanowił, że sam naprawi usterkę. Sięgnął więc po swoją lutownicę i cynę. Rozpoczął się demontaż podstawki. Chińczycy, składający podstawki, chyba nie przewidzieli, że trafi się taki Roch, który rozbierze nierozbieralne i naprawi nienaprawialne.

Po udanym zalutowaniu kabelków okazało się, że licznik jest jak nowy. Działa i to jest najważniejsze. Już z ciekawości Roch zajrzał do Internetu po ile są podstawki – 23-y złote zaoszczędzone. To będzie jakieś osiem Strogów.

****
Po montażu przyszła pora na testy. Roch, z Nosiem, pojechał do Świerklańca gdzie posiedział chwilę i postanowił, że wróci do domu. Wyjeżdżając ze Świerklańca Roch został zaczepiony przez zagubioną, młodą i głodną wiedzy niewiastę.

Przepraszam, czy są tu jakieś atrakcje? – Zapytała z uśmiechem.
Noooo, ja jestem – Odpowiedział Roch.
A są jakieś budki z lodami? – Zapytała Pani z jeszcze większym uśmiechem.
No tam dalej Pani ma – Odpowiedział Roch wskazując azymut.
A jakieś inne atrakcje? – Zapytała.
No jest Pałac Kawalera – Odpowiedział Roch.
A Pan stamtąd wraca? – Zapytała Rocha.
Oczywiście, jako kawaler mam tam wstęp – Odpowiedział Roch w mig załapując aluzję.

Chwilę jeszcze pogadali i Pani poszła do budki z lodami, a Roch pojechał przed siebie. Jednak Pani narobiła mu smaka na lodzika. Zatrzymał się w Nowym Chechle i kupił lodzika. Gdy go tak lizał podeszła do niego druga kobieta i zapytała, czy świecą jej stopy. Rochowi stopy od Świerklańca świeciły, ale jej chodziło o tylne światła w jej samochodzie.

Ehh Roch był dziś rozrywany przez fanki, a to wszystko dzięki nowej kierownicy, którą Roch założył do swojego roweru. Taka mała rzecz, a tyle radości.

A rower wygląda tak:

Roch pozdrawia Czytelników.

Blisko, coraz bliżej

Wielkimi krokami zbliża się upragnione i wyczekiwane 10 tyś kilometrów na rowerze. Do pełni szczęścia brakuje 2 900 km, które Roch dokręci z dziką przyjemnością. Dzisiaj pękła kolejna pięćdziesiątka zrobiona samotnie pedałując po asfalcie w kierunku Dobieszowic.

Roch wrzucił kilka kawałków do mp3grajka i pognał przed siebie. Najpierw na Nowe Chechło i Świerklaniec. Tam polansował się w parku i stamtąd pojechał do Wymysłowa. Roch nieustannie liczy na to, że spotka tam starą znajomą, z którą nie widział się dobre trzy lata, a którą poznał w autobusie wracając z uczelni.

Jednak los nie chce doprowadzić do spotkania i Roch przemyka samotnie z Wymysłowa do Dobieszowic. Tam zawsze ma dylemat, czy jechać prosto i ryzykować skończenie \”pod kreską\”, czy odbić w lewo i solidnie wyskoczyć ponad kreskę, która oscyluje w granicach pięćdziesięciu kilometrów. Dziś jednak zaryzykował znalezienie się \”pod kreską\” i pojechał prosto.

Najgorsze jest to, że cały czas jest delikatnie pod górkę, nie ma typowego podjazdu, ale cały czas asfalt stawia opór. Nie ma niczego gorszego jak taki pseudopodjazd. Jednak Roch zacisnął zęby i pojechał prosto. Wyjechał gdzieś w okolicach Kozłowej Góry i udał się do domu.

Wiedział, że będzie \”pod kreską\” dlatego brakujące kilka kilometrów dokręcił na ulicy Gr.. no wiadomo.

No i Roch wypłynął nad kreskę.

Roch pozdrawia Czytelników.

Bond to przy Rochu pikuś

Popołudniu Roch udał się do zaprzyjaźnionego sklepu rowerowego Adventure celem zanabycia drogą kupna kierownicy, bo obecna już zaczyna \”cykać\” co może oznaczać, że niedługo Roch przywali zębami w mostek. Niestety upragnionej kierownicy nie było i trzeba czekać do jutra. Później pojechał z Nosiem na Suchą Górę, aby trochę posmakować błota.

Gdy już Roch miał dosyć błota, a nogi miały dosyć pokrzyw Roch udał się na Dolomity i stamtąd do domu. W między czasie Nosiu dostał sms i nieopatrznie wygadał się, że ma spotkanie z jakąś tajemniczą Anią o 1800. Roch znany jest z tego, że potrafi być niezłą mendą jeśli chodzi o, nie koniecznie swoje, sprawy sercowe.

O 1800 muszę jechać na Wilkowice do Ani – Wygadał się Nosiu.
Jedź, po co mi to gadasz – Zakonspirował się Roch.
Ale nie przyjedziesz? – Nosiu zrozumiał swój błąd.
Jaaa? Po co? Nawet nie wiem gdzie to jest – Odpowiedział Roch.

Jednak kłamał jak z nut. Roch doskonale wiedział gdzie są Wilkowice i jak tam dojechać. W domu nasmarował łańcuch żeby móc bezszelestnie podjechać i pstryknąć zakochanym gołąbeczkom zdjęcie. Gdy Roch zajechał na Wilkowice rozpoczął poszukiwania.

Jeździł po lokalnych uliczkach i wypatrywał odstrzelonego Nosia. W końcu go zobaczył, a ten mało co nie spadł ze skutera. Przyśpieszył i wyminął Rocha. Roch ruszył w pościg. Wiedząc, że skuter ma mocno ograniczoną moc postanowił dogonić go.

W końcu poszedł po rozum do głowy i zobaczył, że Nosiu skręcił w lewo. Roch wjechał w pierwszą boczną uliczkę, dojechał do głównej drogi i dogonił go. Pod blokiem Nosiu, niczym Romeo, wypatrywał swojej Juli.

W końcu Roch objechał blok i przejechał obok nich. Zdjęcia nie ma, ale zabawa była przednia. Z Wilkowic Roch pojechał do Miedar i Pniowcem wrócił do domu.

Z Rocha to jednak wredna menda 😀

Roch pozdrawia Czytelników. Strzeżcie się bo nie znacie dnia, ani godziny.