Na początku był gotowiec

W ramach odkurzania i wietrzenia szafek z gratami Roch natknął się na trochę zapomniany układ elektroniczny, który spłodził był dla Koyocika dawno temu, a celem tego było obeznanie się z lutownicą, a przede wszystkim pretekst do spotkania. Niestety nie jest to, już mityczny, termometr, który Roch produkuje circa od czerwca tego roku, ale i on zostanie zrobiony, co Roch uroczyście obiecuje pod groźbą przeciągnięcia pod kilem.

Chodzi o układ zwany Arduino, a będący przyczynkiem do prawdziwego, jeżdżącego i grającego robota, który na nowo odżył w Rochu. Mając płytkę w ręce stwierdził, że teraz tylko jakieś koła, jakaś obudowa i można próbować zmusić oporną materię do jakiegoś, choć najmniejszego, ruchu. Później będzie z górki, coraz ładniejsza obudowa, może inna platforma, a kto wie – może Roch zacznie konstruować całą platformę od zera.

Jutro pozostaje kupić parę gratów i można będzie sprawdzić, czy jeden silnik zareaguje pozytywnie, czy stwierdzi, że Roch błądzi. Poza tym, że Roch chce, a mu się nie chce to same nudy. Koniec roku zbliża się szaleńczymi krokami i niedługo trzeba będzie się chwalić tymi gigantycznymi ilościami kilometrów, które popełnił w tym roku.

Roch pozdrawia Czytelników.

Z nosem w Google

Już na początku zaczęły się schody z robotem. Roch ma silników pod dostatkiem, ale wszystkie jakieś dziwne, bo wychodzi z nich sześć kabelków, w dodatku nie są oznaczone. Z wrodzonej dociekliwości Roch postanowił o nich trochę poczytać. Okazuje się, że są to silniki bezszczotkowe i – cokolwiek to znaczy – są raczej trudne do uruchomienia. Dlatego Roch musi wykombinować coś innego.

Weekend upłynął Rochowi na leżeniu i lenieniu się. Między leżeniem i lenieniem się Roch spał, albo robił bliżej nie wyjaśnione czynności, które miały na celu zabicie ciągnącego się czasu. Z aparatem Roch nie biegał, bo nie miał natchnienia na zdjęcia.

Popołudniu Roch chciał wybrać się na CARGO, ale okazało się, że już dawno wylądował, a i na start Roch by się nie załapał. Kolejna niedziela bez CARGO, ale Roch solennie obiecuje, że następny weekend – o ile śniegu nie będzie – będzie spędzony na lotnisku.

Roch pozdrawia Czytelników.

Konstruktor-destruktor

Roch postanowił powalczyć trochę z robotem, a do tej walki zainspirował go grudniowy numer Elektroniki dla Wszystkich, w którym to numerze użytkownicy chwalili się swoimi robotami. Roch spojrzał z zazdrością na dumnych konstruktorów i ich dumnie prężące się roboty i natychmiast dostał solidną dawkę mobilizacji, przystępując do realizacji swojej, bardzo amatorskiej, konstrukcji, która już zaistniała na laminacie.

Aby coś zbudować to trzeba coś zniszczyć i dlatego Roch zniszczył dwa napędy DVD, żeby wyciągnąć z nich silniczki, które posłużą jako baza napędowa dla pojazdu. Na szczęście napędy, z których Roch pozyskał silniczki, były przeznaczone na złom, więc nie było ich aż tak szkoda.

Po kilku chwilach Roch, z lekko rozciętym palcem, dumnie wkładał zdobyczne silniczki do woreczka, żeby jutro je sprawdzić, czy w ogóle ofiara z palca była sensowna. Chińczycy, którzy projektowali napędy, nie przewidzieli tego, że ktoś będzie coś z nich odzyskiwał i krawędzie blachy bywają ostre, o czym Roch przekonał był się. Jutro relacja z uruchomienia silników, o ile nic nie wybuchnie.

Roch pozdrawia Czytelników.

Z okazji Dnia Kolejarza

Nadszedł ten, w którym kolejarze obchodzą swoje święto. Gdyby Roch pracował jako kolejarz pewnie świętowałby, a tak pozostaje mu złożyć życzenia wszystkim kolejarzom, oby górki rozrządowe były nadal pochyłe, a wagony toczyły się lekko.

Roch postanowił, że w końcu pójdzie na dworzec i poczeka na jakieś pociągi. Akurat tak się złożyło, że co chwilę coś przejeżdżało i nie było problemu z tym, że Roch siedzi i umiera z nudów. Dodatkowo wzbudzał zainteresowanie innych, bo kto normalny nie wsiada do pociągu tylko go fotografuje. Z tego całego fotografowania powstała skromna galeria, która z czasem będzie się rozrastać, bo to nie ostatnia wizyta na dworcu, czy w pobliżu górki rozrządowej.

Roch pozdrawia Czytelników.

Ni to jesień, ni to wiosna

Po pogodnym weekendzie i w miarę pogodnym poniedziałku nadeszła jesienna plucha, która skutecznie zabiła w Roch resztki ochoty do robienia czegokolwiek. Na domiar złego przyniesiono Rochowi jakiś zasilacz żeby kabel przelutować. Na pytanie, czy nie można obciąć Roch usłyszał, że nie no i musiał siąść do lutownicy i wylutować nieszczęsny kabel pomimo wewnętrznego “nie chce mi się”.

Za usługę w dniu, w którym Roch miał leniwca skasował podwójnie, bo trzeba było zwlec się z łóżka i wykazywać się jakąś aktywnością i uwagą, żeby nie poparzyć się grotem. Po tej niewolniczej pracy Roch zaległ na łóżku i zasnął. Kiedy wstał, nadal nie chciało mu się nic robić i zasiadł przed komputerem, żeby przynajmniej nie zasnąć. Choć i to jest trudne.

Roch pozdrawia Czytelników.

Kto pamięta Rochowego robota ręka do góry

Jakiś czas temu Roch zarzekał się, że zrobi swojego pierwszego robota, który miał jeździć, śpiewać i tańczyć. Jednak wraz z upływem czasu pomysł zdawał się umierać śmiercią naturalną, a i zapału i mobilizacji nie było. W końcu Roch przypomniał sobie o tym, że coś z tym fantem trzeba zrobić. Dziś powstała płytka, która będzie – po podłączeniu silniczków – jeździła, a przynajmniej taki jest zamysł.

Roch zrobił płytkę, która udała się za pierwszym razem, co jest wielkim sukcesem szczególnie, że żelazko od czasów pracy dyplomowej trochę w szafie przeleżało. Po skonstruowaniu uchwytu na żelazko, Roch przyciął resztkę laminatu, który gdzieś tam się ostał i zaczął przenoszenie tonera z papieru na miedź. Kiedy już wszystko było gotowe Roch chciał wywiercić otwory, ale robiło się ciemno i precyzyjna robota nie była możliwa. O ile chęci ponownie Rocha nie opuszczą to może uda się skończyć to, co od dawna planuje.

Poza tymi elektronicznymi “zajawkami” Roch nie robił nic, co warto by przekształcić w ciąg zero-jedynkowy i umieścić to gdzieś w przepastnych głębinach Internetu. Aparat leży w plecaku, bo poniedziałkowa pogoda nie zachęcała do wyjścia, a jutro podobno ma być jeszcze gorzej. Oby tylko następna niedziela była ładna, to może jakieś cargo się trafi na lotnisku.

Roch pozdrawia Czytelników.

Kolejny “plener” za Rochem

Świat fotografii pochłania Rocha – i jego skromne finanse – coraz bardziej. O ile o rowerze Roch nadal pamięta i odczuwa tęsknotę do całkiem przyjemnego ucisku jego czterech liter przez siodełko, to mając do wyboru aparat i rower wybiera rower tfu. aparat. Rower Rocha oczekuje na nowy napęd i ogólny przegląd, który Roch zamierza przeprowadzić w zaprzyjaźnionym Adveture.

Początkowo Roch chciał jechać z Koyocikiem na lotnisko żeby zobaczyć lądujące Cargo, ale okazało się, że dziś nie ląduje. Pozostała miła, bo rowerowa, perspektywa spotkania się z Przyjacielem, ale Roch zaczął mieć wątpliwości co do stanu swojej kondycji, a co za tym idzie do możliwości pokonania osiemnastu kilometrów w rozsądnym tempie. W końcu Roch z żalem przyznał, że sezon rowerowy dla niego jest zakończony, co Koyocik przyjął ze zrozumieniem.

Po obiedzie Roch zabrał plecak, aparat i poszedł polować na jakiegoś bażanta, bo w końcu kiedyś muszą się pokazać. Na zachętę wziął trochę ziarenek słoneczka, bo może akurat znajdzie się jakiś amator słonecznika. Długo nie trzeba było czekać i daleko w polu pojawił się pierwszy, którego Roch zaszedł od tyłu i “ustrzelił” z aparatu.

Na zakończenie trafiła się sójka (Garrulus glandarius), co Rocha wybitnie ucieszyło. Na zakończenie skromna galeria:

Roch pozdrawia Czytelników.

Emocje opadły, a napięcie wzrosło

Po wczorajszych emocjach związanych z długim, grubym i czarnym obiektywem, który Roch sprawił sobie już pod choinkę, przyszła pora na przetestowanie możliwości tego cacuszka. Na razie Roch tylko wyszedł na balkon i pstryknął wieżę kościała oddalonego o jakieś 800 – 900 metrów od miejsca, w którym Roch stał. Zdjęcie oczywiście robione “z ręki”, a i warunki pogodowe nie sprzyjały. Roch będzie postrachem pilotów, którzy już nie ukryją się w małym “okienku” ciasnego kokpitu.

Popołudniu Roch pojechał do Koyota, uskuteczniać drugie podejście do zasilacza, tym razem nowego, ale trzeba było przełożyć starą wtyczkę, gdyż Chińczycy nie znają pojęcia “kompatybilność”. Po krótkim dumaniu, mierzeniu i sprawdzaniu wtyczki został obcięte i rozpoczęła się operacja przeszczepu starego do nowego.

Po skończonej operacji trzeba było sprawdzić, czy pacjent żyje, bo pomimo udanego zabiegu mógł zejść w wyniku powikłań pooperacyjnych. Szybki przelot miernikiem po pinach wykazał, że nowy zasilacz i stara wtyczka działają wyśmienicie. Podłączenie do multipleksera również przebiegło bez problemów i dopiero dziś można ogłosić, że wszystko żyje. Roch połowicznie zrehabilitował się, ale felernego mostka nie zapomni jeszcze przez jakiś czas.

Roch pozdrawia Czytelników.

Jest długi, czarny i gruby

Dziś dla Rocha jest szczególny dzień, czekał długo, marzył i wyobrażał sobie jaki będzie ten pierwszy raz. Jak wiadomo pierwsze razy są zawsze trudne, a czasem nawet bolesne. Roch bał się tego, ale chęć przeżycia tego pierwszego, z pierwszych, razu była silniejsza od nawet najgorszego bólu przeszywającego Rochowe ciało.

Spocone dłonie, suchość w ustach, kompletny brak śliny, mętlik w głowie, nagłe zwątpienie w swoje możliwości, ciało zlane lodowatym potem, szybszy oddech, walące serce, ale Roch odważył się i wziął go w dłoń. Pierwszy kontakt był miły, ale wyczuwalnie niepewny i niezgrabny. Spocone dłonie powodowały, że chwyt nie był pewny i w każdej chwili mógł się on wymsknąć z dłoni Rocha.

Był gruby, długi i czarny, ale Roch chciał więcej; ścisnął go mocniej, poczuł przyjemną szorstkość, ale chciał jeszcze więcej. Delikatnie obrócił dłoń, a on delikatnie się poruszył i zaczął się powiększać. “Dość” – jęknął Roch i postanowił włożyć go do dziurki. Początkowo bał się, jak to będzie, czy zmieści, ale pragnął tego jak niczego innego.

Wszedł z delikatnym oporem, Roch przekręcił go i wszedł cały. Na końcu delikatnie jęknął z zachwytu, bo wszystko pasuje do siebie. Złapał go drugą dłonią i przekręcił – wyszedł cały. Nagle wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, czas jakby zatrzymał się w miejscu, nie liczył się nic, tylko ten czas i ta chwila.

Od dziś Roch jest jest szczęśliwym posiadaczem Nikkora AF-S 70-300VR, takiego o:

Roch pozdrawia Czytelników.

Porażka ma zdecydowanie gorzki smak

Nadszedł ten dzień, nadeszła ta chwila, w której wszystkie dotychczasowe osiągnięcia Rocha zostały zweryfikowane. Mowa oczywiście o solidnym obciążeniu zasilacza, z którym Roch walczył od dwóch dni. Po przyjeździe do Koyota, Rocha jeszcze raz wszystko przemierzył, przedzwonił i stwierdził, że można próbować. Ręce mu się trzęsły tak, że wtyczką do gniazdka trafił dopiero za trzecim podejściem. Okazało się, że wszystko działa. Roch zdążył wpić smaczną kawę i tyle co wyjechał za bramę, a zasilacz padł.

Niestety, Roch poległ na polu naprawy zasilacza impulsowego; ponowna naprawa przez Rocha nie ma sensu, bo spali się znowu, a takie kombinowanie na dłuższą metę nie wróży nic dobrego. Plan na jutro jest prosty – przelutować kabel do innego zasilacza i modlić się żeby zadziałało. Rochowi, choć to pokorny młody człowiek, zostało jeszcze wiele do nauki, a każda porażka mobilizuje go do dalszego działania. Jak uprze się, to wypożyczy od Koyota felerny zasilacz i będzie palił go do momentu, aż dojdzie co mu jest.

Roch pozdrawia Czytelników.