Kolejny weekend i kolejny wypad rowerowy. Pogoda dopisała i żal było nie skorzystać z takiej okazji, bo ostatnie wypady były raczej uzależnione od kaprysów pogody. Jak chmury przeszły, to było słońce, ale jak chmury wróciły, to znowu lało i trzeba było wracać do domu. Ogólnie rzecz biorąc, łatwo nie było, więc jak tylko na prognozie pojawił się cały słoneczny dzień, to Roch od razu pomyślał o jakiejś wyprawie. Żeby było lepiej, to cały weekend był słoneczny, więc można było zaliczyć nie jeden, a dwa wypady na rowerze. Jeden z nich był z przygodami, drugi już bardziej na luzie, znowu na lody, ale tym razem w inne miejsce. Jednak weekend zaczął się od wypadu na Poraj.
Co prawda był jeszcze piątek, który był piątkiem prawie-bezrobotnych, bo Roch musiał iść do pracy na całe 4 godziny i 12 minut, ale potem zaczął się dla niego już legalny weekend i mógł iść na rower. W piątek też był wypad, ale standardowo — LaPlaya, czy rundka dookoła parku na Lisińcu. Fajna, lekka rundka, która stanowi rozgrzewkę przed weekendem, albo po prostu pedałowanie dla zabicia czasu, jak nie ma widoków na jakieś dłuższe pedałowanie.
No dobra, ale co z tym Porajem?!
No właśnie, wyjazd na Poraj był od dawna planowany, ale zawsze coś; a to Bąbelki nie chciały jechać, ale to pogoda była do bani, a to coś innego, ale w końcu udało się wszystko zsynchronizować, choć Bombelki dalej nie chciały jechać, i zrealizować ten wypad. Z pierwszych nowości na trasie to był fakt, że Roch został mianowany sakwowym. Do tej pory tę funkcję pełniła Żonka, ale odkąd ma nowy rower, to czerwone sakwy nie pasują do ogólnego dizajnu, za to z gravelem Rocha komponują się idealnie, bo w sumie też rama jest czerwona, albo ma jakiś odcień czerwonego.
No nic, nieważne — Roch założył bagażnik, Żonka załadowała sakwy. Do jednej bluzy, jakby było zimno od wody, kurtki przeciwdeszczowe, bo nigdy nie wiadomo czego spodziewać się po pogodzie, no i kocyk na piknik na plaży w Poraju. Bo piknik też wchodził w skład wypadu. Do drugiej sakwy wyszło to, co na tym pikniku miało być spożywane, czyli: zupka pomidorowa w termosie, osobno makaronik w pudełeczku. Na drugie danie przewidziany został domowy gyros à la kebab, a na deser waniliowe naleśniki. Do pełni szczęścia brakowało tylko karty win i alkoholi. I kelnera, w trzeciej sakwie.Takie wypady są najlepsze — nie trzeba szukać żabki, żeby coś kupić, bo żabka jedzie w sakwie, nic tylko wyjmować. Roch ma też lodówkę turystyczną i na pewno ktoś już ją zasiał z baterii Parkside X20V, to tylko kwestia czasu jak Roch będzie wiózł na bagażniku lodówkę z baterią albo power bankiem. Oczywiście zastawa też jechała z Rochem; miseczki, łyżeczki, no wszystko. Żarty żartami, ale dobrze jest zatrzymać się na plaży, wyjąć kocyk i wciągnąć miseczkę pożywnej zupy pomidorowej, a potem zjeść gyrosa à la kebab.
Zanim jednak Roch zjadł te wspaniałe potrawy, musiał tam dojechać. No więc sakwy weszły na bagażnik, Roch wdrapał się na rower i zaczął się pierwszy etap. Droga całkiem przyjemna. Po Częstochowie tylko ścieżkami, bo są wszędzie, więc nie ma z tym problemu, a do samego Poraja już lasem i w sumie na tym Roch mógłby skończyć, ale w lesie wydarzyło się coś, co już dawno się nie wydarzyło. Rochowi pękła szprycha w tylnym kole. I w tym miejscu Roch musi wyjaśnić, że są dwie teorie na ten temat:
- Roch jest gruby i dołożenie jeszcze dwóch sakw spowodowało to, że koło nie wytrzymało pod takim obciążeniem.
- Roch wcześniej centrował to koło, bo wjechał w patyk i koło złapało bicie na boki, no i przeciągnął szprychę za bardzo, a ta po dołożeniu dwóch sakw po prostu nie wytrzymała.
Co jest prawdziwe to już Wasza decyzja, jednak wożenie całej restauracji (i garderoby) w sakwach na pewno nie pomogło kołu, nieważne ile by Roch nie ważył, a waży słusznie. No nic, pękło się i trzeba było jakoś sobie poradzić. Oczywiście Roch nie wozi ze sobą zapasowej szprychy (może czas najwyższy zacząć?) więc za pomocą kluczyka nastawnego wykręcił tę urwaną no i nypel wpadł do obręczy i teraz fajnie dzwoni, ale dało się jechać dalej. I tak mógł Roch owinąć tę szprychę dookoła innej i dopiero w Norze to ogarnąć, ale w tamtej chwili to było najlepsze wg. Rocha rozwiązanie.
Dalej już było bez niespodzianek, choć Młodemu zaczęło brakować sił i to było widać, jak stopniowo organizm odcina sobie kolejne części Młodego. Na miejscu, po rozłożeniu kocyka i rozlaniu wspaniałej i pożywnej zupki Młody dogorywał i w sumie czuć było w powietrzu zapach Kolei Śląskich. Na szczęście Roch wrzucił do sakw legitymacje szkolne. Po zupce weszły gyrosiki, a po nich gwiazda popołudnia, czyli waniliowe naleśniki, ale widać było, że Młodzież niezwyczajna do takich wyjazdów, perspektywa kolejnych 30 km drogi powrotnej, dodatkowo ich przytłaczała.
— "Pociąg?" - zapytał Roch
— "Nooooo" - odpowiedziała Młodzież.
I tak też się stało — 4 osoby + rowery, na szczęście godzina odjazdu była całkiem niedługo, więc naleśniczki zostały wyzerowane i można było się zbierać na pociąg ratunkowy. Tym razem przyjechał punktualnie i ciekawostka! Na pewno pamiętacie ostatnie przygody w Kolejach Śląskich na trasie Żywiec-Rajcza. Najpierw była jazda o brak legitymacji, a potem o fakt zakupu opcji rodzinnej. No to w tym składzie Roch znowu kupił opcję rodzinną i znowu zniżka 37% dla dzieci szkolnych.
Przyszedł Pan Konduktor, zeskanował wszystkie bilety i tylko Roch pokazał, że reszta ferajny siedzi "o tam", bo Roch nie załapał się na miejsce z rowerem, więc stał przy drzwiach. Konduktor spojrzał i powiedział "dziękuję". No ja pierdziele, nie można było tak w Żywcu? Zero gadania, dzieci wyglądają jak dzieci i dzięki. Co prawda Roch miał legitymacje dzieci pod ręką, ale nie wyjął ich. Bo nie było potrzeby. Także no i tego
Powrót z dworca też był z przygodami, ale ogólnie wszystko zakończyło się dobrze. Dzieci wyjeżdżone, a Młody załapał się jeszcze na nowy-stary rower. Wszystko przez to, że on, jako jedyny, jeździ na wypady na dirtówce. I to ma pewne konsekwencje. Po pierwsze, geometria ramy, do grawitacyjnych sportów ideolo, ale do dalszego kręcenia już nie bardzo, no więc padł pewien pomysł.
Cube, "nowy" rower wyprawowy
No właśnie, rower, na którym do tej pory jeździła Żonka, wrócił do Rocha i w sumie Roch nie wiedział co z nim zrobić. Jedno było pewne, że nie sprzeda go, bo za duży sentyment ma do niego, ale w sumie też nie będzie jeździł, bo gravel zapewnia Rochowi wszystko. Na szczęście miał w Norze na tyle miejsca, żeby zapewnić Cube'owi dostatnie warunki, ale okazało się, że to nie koniec kariery Rocha roweru. Po powrocie z Poraja pojawił się pomysł, że dla Młodego zorganizować jakiś rower wyprawowy.
Taki, który ma normalną geometrię, siodełko wyżej niż poziom morza i jakieś tam przerzutki. No i okazało się, że idealny kandydat stoi w Norze. Tak! Cube, Rocha wspaniały rower, ma teraz drugie (albo trzecie, czwarte) życie. Po drobnych modyfikacjach — jak obcięcie sztycy, która była rekordowo długa — i wymianie pedałów na niebieskie platformy z BMX spasował idealnie dla Młodego.
Po pierwszych testach wychodzi na to, że wszystko jest idealnie, nawet rozmiar pasuje, co dziwi Rocha, bo w sumie to już 26 cali koła i rama 18, a tu proszę! Młody jakby odebrał go z bike fittingu. Tak więc "problem" z miejscem na rower się rozwiązał, bo Cube dalej jeździ i to Rocha cieszy najbardziej, bo Cube to rower wyjątkowy. Pod każdym względem.
Od wyprawy do "nowego" roweru
I tak właśnie to się toczy. Niby prosta wyprawa z sakwami, a okazuje się, że jej skutki są zaskakujące dla wszystkich. Rochowi pęka szprycha, Młody awansuje na 26 cali i wszyscy — a już najbardziej Roch — są w szoku i niedowierzaniu, ale coś z tym trzeba było zrobić, bo faktycznie dirtowa pozycja na dłuższych dystansach się nie sprawdza. Choćby nie wiadomo jak podnosić siodełko.
Z racji tego, że Młody ma teraz wyprawowy rower, to ze swoją dirtówką może trochę poszaleć i już odkręcił przedni hamulec, a na dniach będzie konwersja na single speed, bo przecież nie potrzebuje przerzutek, te ma w swoim nowym Cube. Zapowiada się gorący tydzeń w norze, bo wszystko musi być gotowe do piątku, bo wtedy Młody z Rochem jadą na Bielszowice Trials, no i musi być korba. Na singlu.
Podsumowanie
Wypad na Poraj to całkiem fajne doświadczenie. Za każdym razem są jakieś niespodzianki, ale ten wyjazd przeszedł wszystkie inne. Najpierw szprycha, potem powrót pociągiem, aż nowy rower, na którym Młody będzie mógł końcu jeździć w komfortowych warunkach na dalsze odległości.
Dodatkowym plusem jest to, że Roch w swoim Golfie ma już gotowy setup pod taki zestaw — gravele na dach, a Cube idealnie mieści się do bagażnika. Jakby był projektowany właśnie po to, żeby jeździć w bagażniku. Zapowiadają się kolejne epickie wyprawy — jak tylko Roch naprawi swoje koło i dołoży tam brakującą szprychę.
Roch pozdrawia Czytelników.


Komentarze:
Dodaj komentarz