Jakie tam są asfalty!

Jak, w poprzedniej notce, Roch wspominał weekend miał być odbieraniem „nagrody” za skończony remont. I tak było – weekend był pod znakiem „rower do oporu”. Sobota, co prawda nie rozpieszczała pogodą, ale i tak udało się zaliczyć mały wypad choć w celach „biznesowych”. Sobota była dniem spotkania z psychologiem sportu w klubie, do którego należy Młoda. Była całkiem fajna pogawędka na temat tego jak wspierać młodych sportowców, jak z nimi rozmawiać i dlaczego nie należy wchodzić w kompetencję trenera. Spotkanie, o ile na początku Roch podchodził do niego sceptycznie, było nad wyraz merytoryczne, spora dawka wiedzy o tym jak należy podchodzić do sportu, zarówno tego dziecięcego jak i tego dorosłego.

Skoro sobota była połączeniem roweru i psychologii to niedziela musiała być połączeniem roweru i dobrej pogody. I tak się stało. Słońce od rana dawało czadu i nie można było tego zmarnować. Przy porannej kawie Roch odpalił mapy Google i zaczął planować trasę. Co prawda wiedział gdzie chce jechać i drogę znał doskonale, ale powrót już miał być przez nieznane mu rejony. No więc wyrysował sobie trasę jaką chciał jechać i zaczął przygotowania.

Tak się złożyło, że bombelki pojechały do lasu na grzyby, a Roch – nienachalnie lubiący las i obcowanie z przyrodą bez roweru – wybrał właśnie obcowanie z rowerem w zmiennych okolicznościach przyrody.  No więc plan był taki żeby pojechać do Olsztyna, a w drodze powrotnej zgłębić trochę okoliczne rejony częstochowsko-jurajskie. Powrót był zaplanowany przez Kusięta, ale oczywiście Roch nie wgrał trasy do zegarka i jechał kierując się drogowskazami „na Częstochowę”, co w sumie wyszło na dobre, bo nadłożył trochę kilometrów i finalnie przejechał ich więcej niż planował. Na rynku w Olsztynie Roch zjadł obiad, w postaci żelu energetycznego i ruszył dalej. Tym razem w trochę bardziej nieznane.

Zaraz po wyjechaniu z Olsztyna Rocha spotkał podjazd, bo to w końcu Jura jest, a potem zjazd. W końcu pokazały się takie asfalty, że Rocha do tej pory trzyma. Równe, gładkie i puste. Do końca nie wiadomo, czy to żel energetyczny, czy „efekt asfaltu”, ale Roch nie schodził poniżej 40 km/h z prędkością, nawet złapał dolny chwyt żeby być bardziej aerodynamiczny. Z tą aerodynamiką to jednak u Rocha jest kiepsko, ale placebo zadziałało i Roch popędził.

Z Kusiąt pędził do Brzyszowa (Brzyszewa?) i dalej do Srocka. Potem już tylko Częstochowa i koniec jazdy. A wcale, że nie bo po powrocie do domu Roch zaliczył jeszcze przejażdżkę z Bombelkami do lasu. Ogólnie to był dzień i wypad marzeń. Było wszystko; pogoda, rower, cel i pożywny żel w tubce. Całość zwieńczył genialny asfalt i prędkość, której Roch dawno nie czuł i nawet nie spodziewał się, że jeszcze tak może, bo „stary człowiek i (jeszcze) może”. Aż strach pomyśleć co by się działo gdyby Roch zjadł w Olsztynie drugie danie, bo miał ze sobą dwa żele, ale na szczęście skończyło się na jednym. Drugi wpadł jak Bombelki chciały jechać do lasu. Roch musiał się trochę zregenerować, a przy okazji zrzucił pajęczynę ze swojego Cube’a, który w końcu doczekał się smarowania. No i tak minęła niedziela. TA niedziela!

Już są plany na kolejną niedzielę i o ile pogoda znowu pozwoli to Roch dalej się zapuści w Jurę, ale tym razem trasę wgra na zegarek, albo chociaż zapisze w Garmin Connect żeby móc szybko ją wrzucić jakby się zgubił. Może to już czas pomyśleć o jakimś liczniku z nawigacją? Na zakończenie zapis śladu, jak widać plan zrealizowany w 100%.

Roch pozdrawia Czytelników.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *