Awatar Roch Brada

Takie urlopy to się rozumie

Styczeń to miesiąc planowania urlopów – Roch musi się określić kiedy w ciągu roku chciałby wziąć jakiś – dłuższy – urlop, tak żeby firma w której pracuje mogła sobie ogarnąć okres wakacyjny, jednak Roch ma raczej stały plan urlopowy, dostosowuje tylko dni, bo czasem urlop zaczynał się w sobotę, ale w połowie tygodni. Generalnie cały dalszy rozwój wypadków miał swój początek w tym, że Roch zaplanował pierwszy „dłuższy” urlop na kwiecień, a dokładnie to na „po świętach”. Plany były jak zawsze rowerowe i o zgrozo – tym razem się spełniły.

Jak każdy urlop, tak i ten, Roch chciał przeznaczyć na pedałowanie, ale wiadomo przecież że też trzeba podzielić się z dzieciorami, ogarnąć niektóre sprawy zaległe, ale planem minimum był choć jeden dzień na rowerze, to by go też w pełni zadowoliło. Jednak zanim Roch stał się urlopowiczem to obserwował pogodę i im bliżej było tego dnia tym miał większe wątpliwości, czy jest sens w ogóle go brać, bo pogoda zapowiadała się źle, żeby nie napisać bardziej dosadnie. Ale zaplanowany to zaplanowany, zawsze można posiedzieć w domu, patrzeć przez zalane deszczem szyby i wyobrażać sobie jakby to było gdyby nie padało. Na szczęście jednak czarny scenariusz się nie sprawdził się, choć na początku było szaro, ale z biegiem tygodnia zaczęło się ładnie wypogadzać, aż w końcu Roch znalazł okno pogodowe i czasowe.

Plan, który od dawna nie dawał mu spokoju, to zacząć znowu jeździć długie trasy; długie w Rocha przypadku to takie od Tarnowskich Góry do Częstochowy, ewentualnie w odwrotnym kierunku, ale taki dystans w zeszłym raku był dla niego całkiem przyjemnym wypadem. Tak więc Roch kupił bilet kolejowy dla siebie i roweru i w czwartek z samego rana był gotowy do drogi. Spakował swoją torbę pod siodełko, bo chciał sprawdzić jak to się będzie z nią jeździło i czy będzie lepiej niż z plecakiem, ale ostatecznie uczucia ma mieszane – o ile dobrze zapakuje torbę to jest wszystko w porządku, ale jak tylko pomyli kolejność to jest kicha i lepiej wziąć jest plecak, ale przed Rochem jeszcze cały sezon pakowania torby, więc może ogarnie złoty środek. Na ten moment jest tak, że z torbę jest dobrze, ale trzeba uważnie wszystko pakować, bo inaczej torba się „łamie” i trze o koło.

Po dojechaniu na miejsce, czyli na dworzec w Tarnowskich Górach, obmyślił plan działania – bo chciał odwiedzić zaprzyjaźniony Adventure, podjechać jeszcze do mamy i wpaść na śniadanie do Miasteczka Śląskiego – tak, Roch dalej popełnia ten błąd i nie je w domu, a wsiada na rower. To powinno być zabronione, ale jak już Roch wspominał – ma cały sezon na zmianę przyzwyczajeń i oby te udało się zmienić, ale z drugiej strony kto najedzony może sobie pozwolić na śniadanie w postaci hot-doga z budki w Miasteczku Śląskim, bo właśnie to był pierwszy cel Rocha w drodze powrotnej. Ostatnio prawie zawsze zatrzymuje się w tej budce, bo przypomina mu się smak czasów młodzieńczych „kiedy to po maturze chodziliśmy na hamburgery”.

Po śniadaniu Roch zaczął wracać do domu; zaopatrzony w Colę, która służyła jako źródło cukru na trasie wrzucił nową trasę w nawigację i zaczął jechać, ale czuł że coś jednak nie do końca się dobrze wrzuciło. Co prawda nie mieszka już tam jakiś czas, ale jeszcze pamięta to i owo i wie, kiedy kręci się w kółko. Okazało się, że nawigacja zgłupiała i zamiast prowadzić w stronę celu ta zaczęła prowadzić Rocha w przeciwnym kierunku. Wkurzony, że nowy ślad nie do końca chce działać Roch wrzucił sprawdzoną trasę, którą jeździł w zeszłym roku i pewny tego, że jedzie w dobrym kierunku pedałował w dobry tempie. Cały czar tego dobrego tępa prysł kiedy Roch zobaczył napis „Tarnowskie Góry”. Tak, wrócił się do punktu startu i w tym miejscu mógłby wyjąć telefon, kupić bilet na pociąg i wrócić do domu.

Licznik wskazywał już 20 kilometrów, a Roch nawet nie wyjechał poza Tarnowskie Góry. Okazało się, że ślad, którego używał prowadził do Tarnowskich Gór, a żeby z nich wyjechać musiał on zaznaczyć opcję „prowadź odwrotnie”, o której zapomniał. No cóż, błędy się zdarzają, kilometry nie poszły na marne, ale trzeba było zacząć wracać do domu. Upewniwszy się, że teraz wszystko jest dobrze zaznaczone i wybrane Roch wsiadł na rower, sprawdził jeszcze raz, czy jedzie w dobrym kierunku i pewny tego, że teraz już nic nie zepsuje tego wspaniałego dnia zaczął jechać w stronę domu. Ślad pokazywał, że do celu było około 60 kilometrów, a trzeba pamiętać, że Roch już miał 20 w nogach, więc od tego momentu wiedział już, że idzie po rekord. Nie wiedział tylko, czy zamknie się w wyniku dwucyfrowym, czy może dalsze przygody spowodują, że Garmin pokaże wynik trzycyfrowy. Z jednej strony fajnie, ostatnio nieczęsto pojawiają się takie liczby w Rocha statystykach, z drugiej strony jak na pierwszy raz w tym sezonie trochę daleko i straszno, ale jak się powiedziało „A” to trzeba powiedzieć „B”. W ostateczności miał kilka wyjść awaryjnych.

Dalsza droga już nie sprawiała problemów, ale Rochowi nie dawał spokoju ten nowy ślad, który sobie zaplanował. No więc na postoju wrzucił ten ślad do nawigacji, upewnił się, że nie wróci do Tarnowskich Gór i ruszył już po nowej ścieżce. Trochę było asfaltu, ale ostatecznie Roch skręcił do lasu na znaną już mu leśną autostradę, którą jechał w zeszłym roku przy okazji swojego pierwszego Bike Romantic. I ta koncepcja była słuszna. Szybka i równa ścieżka aż prosiła o to żeby mocniej nadepnąć na korby, do tego wiatr też sprzyjał temu pomysłowi no więc Roch nie czekał na więcej znaków. Poszedł jak dzik w żołędzie i bawił się jak rzadko kiedy, w sumie ostatni czuł się tak właśnie na Bike Romantic, kiedy to z W. mieli podobne tempo, jednak teraz jechał sam. I wszystko wskazywało na to, że w takim tempie dojedzie co najmniej do Kalet, albo jeszcze dalej, ale oczywiście że nie. Po serii zakrętów teren pod kołami przestał być już ubitą autostradą w lesie, a zaczął przypominać leśną ścieżkę, bo w sumie takie powinny być w lesie, ale pewien niedosyt pozostał, bo prędkość spadła, ale za to widoki się zmieniły.

Nawigacja usilnie twierdziła, że tam da się jechać, ale im dalej Roch zapuszczał się w las to miał inne zadnie na temat tego co będzie dalej. Utwierdził się w tym przekonaniu jak tylko zszedł z roweru bo dalej nie dało się jechać. Przed Rochem wyrosło coś w stylu bagna, rozjeżdżonego przez ciągniki, które wyciągały z lasu drzewo. No ale nawigacja motywowała Rocha „no dalej, dasz radę”, „jeszcze 100 metrów i będzie dobrze”. No nie było. Za 100 metrów Roch już niósł rower bo miejsca było tyle, że albo Roch na rowerze, albo rower na Rochu. Jednak zaszedł (dosłownie) już tak daleko, że nie było sensu się wracać, poza tym przed nim było lepiej niż za nim, a nawigacja dalej swoje: „jeszcze 100 metrów”. Po któryś z kolei „stu metrach” w końcu Roch wyszedł na prostą i mógł wsiąść na rower, jednak zanim to zrobił to wpompował w siebie trochę Coli, bo cukier został w lesie, a po tej wycieczce nie wiedział czego jeszcze może się spodziewać. W sumie jakby zobaczył morze i bunkry to też byłoby fajnie.

Roch nie poddał się, takie wypadki się zdarzają szczególnie, że nowy ślad, może niedopracowany, może Komoot nie ogarnął, a Roch nie sprawdził, ale najważniejsze, że Roch posuwał się na północ, więc w dobrym kierunku. Tak z grubsza dobrym. Z Kalet Roch wyjechał w miarę szybko i bez problemu i kierował się w stronę Koszęcina; lasem oczywiście, bo taki był plan. Nie było źle, trochę piachu, korzenie jak to w lesie. Gdzieś w połowie drogi, no może przed połową, nawigacja znowu zaczęła prowadzić w coraz większe zadu*ia, aż w końcu wyjechał u jakiegoś gospodarza na podwórku zakłócając mu obiad w altance. Scena godna najlepszych skeczy Monty Pythona i tenże niewzruszony gospodarz, który wskazał stronę, w którą Roch ma jechać. Absurd oblany groteskowym sosem i ta cholerna nawigacja, która ciągle te swoje „sto metrów” odtwarzała. To przelało czarę goryczy, a wkurzenie Rocha już dawno nie było na takim wysokim poziomie.

Zamiast Locusa Roch odpalił Google, kliknął „Dom” i wybrał rower jako środek transportu.

  • „Ch*j z tym, jadę asfaltem” – pomyślał Roch.

I tak zrobił – resztę trasy zamiast malowniczym lasem pokonał całkiem równą drogą, na której aż tak strasznie nie było. Przez chwilę przeszła przez głowę Rocha myśl, że może jednak w Koszęcinie wskoczyć do pociągu i na tym zakończyć ten epicko-absurdalny wypad, ale z dwóch powodów odpowiedź brzmiała nie. Pierwszy z nich to taki, że nie było pociągu, którym Roch mógłby wrócić do domu, a drugi – ważniejszy – że to oznaczałby poddanie się i przyznanie się do tego, że jakaś głupia nawigacja może zepsuć Rochowi ten wolny dzień. Postanowił, że dojedzie do domu o własnych siłach i własnych kołach. A skoro już był przy własnych siłach to do krwioobiegu weszła kolejna dawka cukru podana za pomocą Coli, ale trzeba było uzupełnić zapasy. I w tym miejscu Roch ciska butelką o ziemię, a z jego ust wydobywa się soczyste „ku*a mać”. Okazało się, że zapomniał zapięcia, więc żadne popularne Lidle, czy inne Biedronki nie wchodzą w grę. Na Orlenie to wiadomo, tylko siku, więc pozostało znaleźć jakiś sklepik, z terminalem, przy którym Roch mógłby zostawić niezapięty rower.

I taki znalazł. Szybko uzupełnił zapasy cukru w płynie, do tego kupił wodę mineralną, która miała być gazowana, ale okazała się niegazowana, ale najważniejsze, że rower dalej stał pod sklepem. Do domu z tego miejsca zostało 20 kilometrów, a Garmin pokazywał już prawie 70. Roch był pewny, że to będzie najdłuższy dystans i to dodało mu siły. Oczywiście kluczowa też była regularna suplementacja Coli, ale finalnie zameldował się pod znakiem z napisem „Częstochowa” i już widział, że to był fantastyczny dzień. Spędzony tak jak Roch dawno nie spędzał wolnego dnia. Do domu, już według Google, zostało 5 kilometrów.


To ostatnie 5 kilometrów było dla Rocha jak runda honorowa po stadionie. Wiedział, że poszedł po rekord, że dał radę mimo przeciwności jakie nawigacja „100 metrów” przed nim postawiła. Teraz już jechał kompletnie na luzie, nie przeszkadzało mu nawet to, że niebo zaszło chmurami i w każdej chwili mógł spaść deszcz. Nawet gdyby to nie wyjąłby kurtki, którą miał w torbie. Do domu dojechał jak nowo narodzony, nawet nie spodziewał się, że będzie w takim stanie. Raczej przepuszczał, że pierwsze co zrobi to opędzluje lodówkę, potem wypije piwo i zakończy ten dzień, ale nie. Sił wystarczyło jeszcze na krótki rower z dzieciorami i w sumie do wieczora Roch nie odczuwał tych 82 kilometrów. Tak, Garmin pokazał dokładnie 82.38 kilometrów w czasie 4 godz. 13 minut i 20 sekund.

Czy to aby nie za dużo jak na pierwszy raz? To dobre pytanie, bo z jednej strony organizm nie przyzwyczajony do takich dystansów, ale z drugiej nie protestował na żadnym etapie. Oczywiście ten wynik to też efekt zgubienia się na początku trasy i przygód w trakcie jej trwania, ale w tym właśnie tkwi urok rowerów – co by się nie działo jest taka maszyna, która jak tylko nogi pozwolą to pojedzie wszędzie. Roch już planuje kolejny taki wypad, ale tym razem lepiej sprawdzi pliki GPX, po którym będzie jechał. Choć w sumie tę przygodę będzie wspominał jeszcze bardzo długo, a kiedy już endorfiny wróciły do normalnego poziomu, a nerki odfiltrowały morze Coli, Roch zaczął zastanawiać się co poszło nie tak, że wszystko się posypało.

I spojrzał w kalendarz: 13 kwietnia 2023 roku. To był wspaniały dzień!

Roch pozdrawia Czytelników.


Opublikowano

w

, ,

przez

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *