Nora jest już prawie skończona. W zasadzie to już skończona, ale Roch wie, że zawsze znajdzie się coś do dokręcenia lub ulepszenia. Jednak rowery nie znają pojęcia „jeszcze niegotowe”. One po prostu albo się psują, albo wymagają natychmiastowego upgrade’u. Tak właśnie było z BMX-em Młodego, który przez święta przeszedł solidną metamorfozę. A to z kolei wywołało prawdziwą lawinę zakupów. Ale po kolei.
Prezent z „duszą”, czyli freecoaster
Wszystko zaczęło się jeszcze w ubiegłym roku, kiedy Młody znalazł pod choinką nowe tylne koło. Nie byle jakie, bo z freecoasterem. To sprytna piasta, która pozwala toczyć się do tyłu bez konieczności pedałowania. Znacząco ułatwia to robienie fakie, no i – co tu dużo mówić – bajerancko wygląda.

Koło pasowało bez problemu, pegi też, więc montaż zakończył się jeszcze tego samego wieczoru, tuż po kolacji wigilijnej. Jednak im bardziej koło było używane, tym mocniej Roch czuł potrzebę założenia hubguardów. Bez nich piasta i szprychy przy pierwszym lepszym grindzie na murku mogłyby szybko odejść w zapomnienie.
6 milimetrów problemu
Hubguardy to osłonki na piastę, dzięki którym podczas „ślizgania” nie niszczy się kołnierz piasty. Przydatna rzecz, jeśli nie chce się wymieniać części zbyt często. Ich zakup spowodował jednak kolejne komplikacje.



Pierwszą z nich była grubość. Aby spełniały swoją rolę, musiały być wykonane z solidnego żelastwa: 2 mm od strony drivera i 4 mm z drugiej strony. Łącznie poszerzyło to piastę o 6 mm. Od początku budziło to u Rocha wątpliwości – jak wepchnąć dodatkowe pół centymetra tam, gdzie i tak wszystko było już „na styk”?
Piasta szczelnie wypełniała przestrzeń między hakami i zrobił się kłopot.
Walka z oporną materią
Roch szukał rozwiązania. Na początek znalazł cieńsze nakrętki, ale nie chciał uprawiać „druciarstwa” – skoro producent dał szersze podkładki, to pewnie wiedział, co robi. Wkręcił więc oryginały z powrotem i dalej rozkminiał, jak wcisnąć te nadmiarowe milimetry.
Do głowy przyszło mu tylko jedno: delikatne rozciągnięcie tylnego trójkąta i wciśnięcie koła siłą.
Finalnie zmieszczenie całości w hakach nie należało do najłatwiejszych, a dodatkowo hubguardy nie chciały siedzieć na miejscu. Zabawy było sporo, ale ostatecznie wszystko wskoczyło tam, gdzie powinno.
Efekt domina, czyli leniwiec na gałęzi
Roch już witał się z gąską i chciał ogłaszać sukces, ale gdy założył łańcuch, pojawił się drugi problem. Rozciągnięty łańcuch wisiał jak leniwiec na gałęzi. Naciągnięcie go poprzez przesunięcie koła w hakach kończyło się tym, że oś była w połowie wysunięta. Jakiś większy skok i mogłoby dojść do katastrofy.
Skracanie? Nie tym razem. Ogniwka ułożyły się tak, że pin wypadał dokładnie w połowie – łańcuch nie pasował w żadną stronę. Roch musiał zamówić nowy. Tym razem doczytał jednak, że może kupić coś lepszego i wytrzymalszego: łańcuch typu halflink. Składa się on z samych półogniw, jest grubszy i pozwala na precyzyjne ustawienie koła.
Podsumowanie testu Nory
Roch znowu odwiedził BmxLife i zamówił sprzęt. Chwilę musiał poczekać, a potem jeszcze szukał paczki, bo kurier dostarczył ją do Żabki zamiast do automatu, ale to już szczegół.
W końcu łańcuch jest na miejscu, a historia, która nieco się rozrosła, znajduje swój finał. Roch przynajmniej przetestował swoją Norę w boju i już wie, co jeszcze można udoskonalić. Bo tak jak pisał na wstępie – w warsztacie zawsze jest pole do poprawy.

Roch pozdrawia Czytelników.

Dodaj komentarz