wtorek, 28 października 2008

Pięć kilometrów w plecy

Roch nie wie kogo lub co obwiniać z dzisiejsze wydarzenia. Nic nie zapowiadało katastrofy, powietrze było spokojne, chmur jak na lekarstwo, nawet Internet jakby szybciej płynął po skrętce. Roch rozluźniony zasiadł przed komputerem i, jak to ma w porannym zwyczaju, zaczął edytować plik ze statystykami.

Licznik leżał w okolicach komputera, żeby Roch nie zapomniał dodać dystansu. Chwycił więc go w prawą dłoń (cały czas piszemy o liczniku) i zaczął naciskać, mocniej i mocniej, aż po chwili Roch był w pełni usatysfakcjonowany widząc nowy wiersz w statystykach. Odłożył licznik na bok i poszedł po kawę.

Dzień, a właściwie przedpołudnie, minęło na czytaniu grup o tematyce elektronicznej i poszukiwaniu jakiegoś fajnego miernika. Nastała pora obiadowa, Roch wyłączył komputer i skupił się na walorach smakowych obiadu.

Nastała godzina 1400 i Roch miał zamiar pójść na rower. Wziął więc licznik i zszedł na dół. Wsiadł na rower i ruszył na Pniowiec. Po chwili (na oko pięć kilometrów upłynęło) Roch zorientował się, że licznik nie został skasowany i kilometry liczą się na dzień poprzedni. Roch szybko wyzerował licznik, ale owe pięć kilometrów poszło w powietrze tak jakby Roch siedział w domu.

Brzydko to wygląda, ale cóż poradzić na Rochową sklerozę.

Roch pozdrawia Czytelników.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza