poniedziałek, 23 lipca 2018

Rowerowy weekend

W końcu, w końcu i jeszcze raz w końcu nie pada. Ostatnie tygodnie to był jakiś kosmos z tymi opadami. Roch wyjeżdżał do pracy, padało. Wracał z pracy to znowu padało. Nie dało się nic zrobić, bo padało. Dzieciory w domu robiły Sajgon, Wietnam i Afganistan. Do tego stopnia, że aż Roch nie wytrzymywał. W końcu jednak pogoda się uspokoiła i temperatura poszybowała do dobrych 30°C. To też jest niezła ciekawostka, że w ciągu jednego popołudnia temperatura poszła w górę o dobre 15 stopni.

Tak czy inaczej jest ciepło i niech tak będzie jak najdłużej. Teraz można pedałować z dziećmi, można z nimi wyjść na dwór i w końcu mają co robić. Co prawda dalej robią Sajgon, ale Wietnam już ciut mniejszy jest. Pustynna Burza chwilowo wyhamowała. Skoro więc pogoda się polepszyła to Roch w końcu mógł pójść na rower. Z rodzinką pojechali standardową trasą. Oczywiście pod drodze lody i atrakcja w postaci triathlonistów w Częstochowie. Aleje przywitały rowery szosowe wysokimi krawężnikami. Jeden nawet z uczestników złamał koło "wskakując" na taki krawężnik.

Po zjedzeniu porcji lodów dzieciory były na tyle ochłodzone, że mogły wracać do domu. Później drzemka Stasia, wizyta u babci i tak minął dzień. Niestety na koniec dnia pojawiła się Pustynna Burza, więc było szybkie kąpanie i jeszcze szybsze zasypianie, ale nic dziwnego, dziesięć kilometrów na rowerze robi swoje.
Na zakończenie oczywiście obrazek z nowych statystyk i licznika urodzinowego.

Roch pozdrawia Czytelników.

PS.
Na koniec amatorski filmik.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza