Tak się złożyło, że Roch po kolejnych migracjach i planach na swój plugin, który pluginem już nie będzie, postanowił spędzić więcej czasu na rowerze. Jednak do tej pory warunki pogodowe nie sprzyjały aktywności fizycznej. Upały powyżej 36°C jednak pokonały Rocha. Jedyne, co Roch robił w czasie tych skwarów, to oddychał i pochłaniał kolejne morza wody. Jakby tego było mało, to wlewał w siebie spore ilości kawy, co miało przykre skutki podczas ostatniej epickiej jazdy na rowerze, bo skurcze nie chciały go przestać atakować. I nawet wypicie przeterminowanego o miesiąc shota z magnezu nie pomogło. Ale zacznijmy od początku.
Dwa miejsca. Dwie pory. Jeden dzień
Rano w planach był wyjazd do Knurowa na skatepark, żeby Młody pojeździł na BMX, ale splot porannych wydarzeń spowodował to, że plany musiały się zmienić i trzeba było sobie zorganizować zajęcia lokalnie. No więc pizza, która miała być zawieziona do Knurowa, skończyła finalnie w pudełeczkach, które wylądowały w sakwie. A to oznaczało, że szykuje się wyprawa. I to nie byle jaka, bo żadne z Bąbelków nie zgłaszało sprzeciwu, a co więcej – każde z nich chciało jechać.
Po pierwsze dlatego, że nie było sporo kilometrów do przejechania, a po drugie – na końcu czekała atrakcja zwana „pąkofredo”: taki świeży pączek, rozcięty i z gałką loda w środku. Fajna sprawa, szczególnie jak ktoś ma nadwrażliwe zęby i wpierw wchodzi ciepły pączek, a po chwili zimny lód. Stomatolodzy szanują. W każdym razie Bąbelki zęby mają zdrowe, to im taka huśtawka temperatur nie sprawia problemu. Roch tradycyjnie: Red Bull + kawa i żegnaj, magnezie.
Kiedy już dojechali nad jezioro w Blachowni, na pomoście weszła pizza, a potem miał wejść ciepło-zimny stwór, ale okazało się, że miejsce zębowych tortur jest zamknięte. Niedaleko jednak stała budka z tradycyjnymi lodami, które są tylko zimne, w dodatku były to lody włoskie, no takie świderki. Na takiego to i Roch miał chęć, więc weszły trzy średnie i jeden duży. Nie zgadniecie, dla kogo był duży.
Powrót do domu był pod znakiem sporej ilości cukru, więc poszło szybko i gładko. Bez zbędnego marudzenia. Bąbelki miały dość roweru, ale Roch taki do końca przekonany nie był, czy jeszcze gdzieś nie pojedzie. Kusił go jeden kierunek, ale nie knew, czy da radę go ogarnąć – w końcu w nogach miał już 30 kilometrów.
Na drugą nóżkę, czyli wieczorny Olsztyn
Początkowo chęci go opuszczały, ale szybko wsiadł na rower i ruszył przed siebie, bo w końcu jak nie dopuści do zastania nóg, to jeszcze trochę pojeździ. I tak było; pierwsze kilometry trochę ociężale kręcił, ale im dalej w las (dosłownie!), tym pedałowało mu się lepiej. Wstrzelił się w złotą godzinę, więc dobrze się jechało, wiatr też specjalnie nie utrudniał, a w niektórych chwilach nawet pomagał. Więc nie ma na co narzekać. Dobre pedałowanie, nawet kondycja go nie zawiodła, bo myślał, że będzie z tym gorzej.
W Olsztynie trochę odpoczynku, uzupełnienie płynów i można było wrać do domu, bo już złota godzina zrobiła się bardzo złota. Na szczęście miał lampki, więc mógł sobie pozwolić na powrót, o której godzinie chciał, ale ta godzina właśnie nadchodziła. Pierwszy podjazd za Olsztynem i Roch poczuł, że jednak poziom magnezu jest zerowy, bo skurcze dały o sobie znać. Miał jednak w torebce szocik magnezowy, który jeździł z nim trochę. Data ważności wskazywała na to, że tylko trochę jest przeterminowany, bo przydatność kończyła się 5 czerwca 2026, no czyli tylko miesiąc po terminie.
Jednak skurcze nie dawały mu spokoju, więc postanowił, że mimo wszystko walnie buteleczkę, biorąc na siebie ewentualne skutki uboczne – w końcu wracał lasem, co mogło pójść nie tak. Skurcze trochę odpuściły, do tego częściej pił wodę i jakoś dojechał do domu, ale końcówka, czyli jakieś 10 ostatnich kilometrów, była już walką ze sobą. Dało się jechać, ale nie było już w tym żadnej przyjemności – ot, żeby dojechać do celu jak najkrótszą drogą. Mogą być podjazdy, ale żadnych dodatkowych kilometrów ani nawet metrów.
Podsumowanie, czyli dwa wypadam w jeden dzień
Wnioski z soboty są proste: zachowując dobre tempo, Roch jest w stanie przejeździć cały dzień, choć zbyt duże ilości kawy powodują to, że magnezu jest mało, a to znowu jest przyczyną skurczów, których Roch nie lubi, więc musi pić więcej magnezu. Drugi wniosek jest taki, że sakwa, którą kupił w Lidlu za całe 50 złotych, jest do kitu i więcej jej nie założy, bo ciągle się otwierała. Jednak trzeba wydać trochę pieniędzy na lepszy zestaw, taki zwijany.
![]() |
| Blachownia |
![]() |
| Olsztyn |
Co do samej jazdy, to było fajnie. W końcu Roch poczuł, że jest najeżdżony – tak do syta, a nie tylko kilka razy dookoła komina czy na LaPlayę. Ogólnie chętnie powtórzyłby taki wypad, a nawet jeździłby więcej, o ile czas by na to pozwolił. W profesjonalnych planach ma jeszcze przejechanie trasy Velo Soła i to byłby taki plan minimum na ten rok. Choć Roch oczywiście celuje w więcej takich wypadów, to Velo Soła już sprawiłby, że mógłby uznać plan minimum za osiągnięty. Może się to uda w najbliższym czasie – to tylko 30 km, a zaczynając z dobrej strony, jedzie się minimalnie z górki, więc co może pójść nie tak.
Drobne zmiany (kolejne) na blogu. Ale już ostatnie.
Jak widać, choć domena się nie zmieniła, to blog powrócił do korzeni. Po raz kolejny, ale tym razem Roch to przeliczył i przestało mu się opłacać utrzymywanie hostingu, żeby wrzucić 3 albo 4 notki w miesiącu (będzie ich więcej, obiecuję!). W związku z tym wrócił na stare, dobre i darmowe śmieci. Blog miał być zawsze prywatny – choć przez pewien czas Roch coś tam zachwalał, to jednak się skończyło, a chęć pisania postów została.
Tak więc blog wrócił, adres się nie zmienił, a notki będą pojawiać się częściej, bo i na rowerze Roch chce jeździć więcej. No i przynajmniej tę Velo Sołę zaliczyć, bo to byłoby już coś. Najbliższe tygodnie pokażą, czy minimalne założenia na ten rok faktycznie Roch zrealizuje.
Tymczasem Roch pozdrawia Czytelników i pisze „dzień dobry” w nowym miejscu.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz