sobota, 14 czerwca 2008

Udało się! Jura zaliczona.

Rano Roch zszedł na dół, zapakował się do samochodu z rowerem i ruszył do Koyota, z którym mieli jechać na Jurę. Jednak przypomniał się, że z parkingu nie zabrał koła, a bez tego trudno jeździć na rowerze. Szybko wrócił się i zabrał zgubę, jeszcze tam leżącą.

Na miejscu Roch poskładał rower i można było ruszać w Jurę. Pogoda doskonała, nie za ciepło, ale nie za zimno. Wiaterek nie pomagał w jeździe, ale też nie przeszkadzał. Ot wiał sobie nienachalnie. Po półtorej godziny były już pierwsze oznaki Jury. Zaczęły się strome i długie podjazdy. Zaczęły się także problemy z oznakowaniem szlaku.

- No patrz Rochu, musimy zielonym jechać - Powiedział Koyot.
- No widzę - będę wypatrywał oznaczeń - Odpowiedział Roch.

Jednak część z nich była wyblakła i nie wiadomo było, czy to zielony, czy niebieski. Jednak nikt się nie poddawał i już po chwili pojawiły się jakieś zabudowania. Pełni nadziei, że Żarki są już na wyciągnięcie koła pedałowali przed siebie.

- Kurna, jechaliśmy tędy - Powiedział Roch.
- Zdaje Ci się, tutaj wszystko wygląda tak samo.. - Odpowiedział Koyot.
- .. zresztą słońce mamy z plecami, a pedałujemy pod górę - Powiedział po chwili.

Przyjąwszy to za pewnik Roch zamilkł, ale coś mu nie dawało spokoju. W końcu Koyot zatrzymał się.

- Kur*a, masz rację. Wracamy - Odpowiedział.

Z powrotem też było pod górkę, a słońce mieli za (na plecach) plecami. Drugie okrążenie było podobne. W końcu wjechali w boczną ścieżkę i wydostali się z tego trójkąta bermudzkiego. Jednak wpadli z deszczu pod rynnę.

Wyjechali na ładnej, zielonej polance. Problem w tym, że było kilka ścieżek, a wszystkie prowadziły do wody lub kończyły się gdzieś w połowie.

Pojawiły się propozycje żeby spróbować na Mojżesza przejść przez wodę, ale szybko zostały odrzucone. W końcu Koyot wypatrzył groblę, na którą trzeba było się dostać. Powrót tą samą trasą, ale znowu woda. Będąc zdesperowanym Roch chciał zakrzyknąć do wędkarza jednak Koyot w porę zareagował bo nie wiadomo jakby wędkarz zareagował na spłoszenie ryb.

Po długich poszukiwaniach w końcu udało się dojechać do Żarek. Samo poszukiwanie drogi zajęło 20 kilometrów. W Żarkach postój, nawodnienie się i dalej w drogę. Do Mirowa. Tutaj już poszło gładko i w końcu pojawił się Mirowski Gościniec, którym dojechali pod sam Mirów.

W oddali stoi zamek, a bliżej knajpa.

Po dłuższym oczekiwaniu w końcu pojawił się upragniony obiad. Słuszna porcja frytek wraz z bliżej nie określoną kiełbasą i jakaś sałatka.

A na deser słynne pierogi. Na drugi deser lody truskawkowe, a na trzeci deser Big Milki. Najedzeni do granic możliwości zaczęli planować drogę powrotną. Plan był prosty - jak najszybciej do domu, ale Gościńcem Mirowskim.

Plan udało się zrealizować w stu procentach. Roch zaliczył jeden kryzys, mięśnie płonęły, oddechu nie było, a przed oczami pojawiło się czterech Koyocików, ale po odpoczynku wszystko wróciło do normy.

Wypad należy uznać za wielce udany i trzeba trzymać kciuki za jego powtórzenie.

W sumie kilometrów wyszło 112 w czasie 4 godziny 42 minuty ze średnią prędkością 24 km/h choć zdania są podzielone.

Roch pozdrawia Koyota i dziękuje mu za wspaniały, doskonały i wypasiony (jak zawsze) wypad.

Zdjęcia z wypadu można oglądać w albumie Jura i w serwisie Picasa

I na koniec rodzynek, czyli Roch z pierogiem:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza