niedziela, 8 czerwca 2008

Świerklaniec to nie Jura, a Chechło to nie Mirów

Z samego rana pogoda zrobiła wielkiego psikusa i rozpadało się. Było to znak, że długo planowana Jura znowu musi został przełożona bo w deszczu to nie przyjemność. Jednak popołudniu zaczęło się przejaśniać i można było uskutecznić jakiś wspólny wypad.

Miejsce spotkania Roch i Koyocika to Świerklaniec. Ze Świerklańca udali się na Chechło, gdzie musieli schować się przed deszczem pod namiotem. Przy okazji zakupili napoje musujące i śledzili - o ile nikt nie zasłaniał telewizora - mecz. Napoje musujące mają to do siebie, że powodują mały głód.

Dlatego szef kuchni polecił zapiekanki. Teoretycznie zrobienie takiego przysmaku nie trwa dłużej niż zamknięcie mikrofali i ustawienie jej na 3 minuty.

Ale - jak to w porządnych restauracjach - tutaj szef kuchni osobiście zbierał grzyby na zapiekankę. Później pewnie zatrzymały go obowiązki służbowe, ale w końcu można było powiedzieć, że były gotowe. Szef kuchni wyniósł je, po dobrych 20-u minutach, i pokazał całemu światu.

Jednak Rochowi było mało. Z wielkim niepokojem podszedł i powiedział, że chce jeść. Szef kuchni bez słowa zniknął na 10 minut w swoim królestwie.

W końcu upragniony posiłek zagościł w Rochowych dłoniach, a po chwili także w ustach. Zapach rozszedł się po całym namiocie, aż wszyscy zaczęli patrzeć na Rocha, który delektuje się przysmakiem.

Najbliżej Rocha siedział Koyocik, który sącząc napój co chwile spoglądał na frykasa, któego Roch konsumował, aż w końcu nie wytrzymał i rzucił się na Rocha. Po krótkiej "wojnie" Roch skapitulował i oddał frykasa Koyocikowi, który wgryzł się w niego niczym tygrys w soczystą antylopę.

Wszystko to zostało zarejestrowane przez aparat Rocha, a teraz opublikowane na blogu. Polujący Koyot prezentuje się następująco:

Kończąc Roch pozdrawia Koyota i pozostałych czytelników.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza